Czasami jest tak, że w góry po prostu muszę. Pojechałbym sam nawet w najgorszą pogodę. Zwyczajowi towarzysze wypięli się, ale znalazł się zaskakujący śmiałek i okazało się, że było to wspaniały wyjazd pod każdym względem. Za cel obraliśmy Karkonosze, ich królową - Śnieżkę oraz zlokalizowane w jej cieniu pivovary. Na początek przedstawiam wam Pivovar Trautenberk, który dwudniową przygodę otwierał i zamykał.
Co nie udało się 6 stycznia i tylko połowicznie zaliczyłem cztery dni później (klik!), ostatecznie zrealizowaliśmy w drugi weekend lutego. Mówię o tradycyjnym wyjściu w góry na Trzech Króli, który urządzamy sobie od wielu lat z kolegą Marcinem, zwanym w niektórych kręgach Słoniem. Będzie o Magurze Wilkowickiej, czyli popularnym szczycie obok Bielska-Białej, PKP, dobrym planowaniu oraz Prawach Murphy'ego. Miłośnicy piwa znajdą kilka piw Brofaktury, portery, kawałek Węgierskiej Górki, spacerek po Bielsku i kolejne pożegnanie z Noszakiem. Warto dotrzeć do końca, jest tam fajny bonus!
Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo brakowało mi takiego srogiego połażenia po górach. W ostatnich latach z jakiegoś powodu straciłem fun wędrowania. Czy to brak czasu, czy inne czynniki? Nie wiem. Na pewno nie towarzystwo, to na góry zawsze było pierwszorzędne. Tym razem wybrałem się jednak w jednym z najlepszych - swoim własnym. Dlaczego piszę o tym na Piwnych Podróżach? Ano dlatego, że było nie tylko górsko, ale też piwnie. Zapraszam na spacer z Ustronia do Wisły, zahaczymy o kilka ładnych szczytów, dwa browary i sprawdzimy co jeszcze można wypić po drodze.
Od dłuższego czasu chciałem napisać tekst o mojej pierwszej prelekcji w górach, która poprzedzała i rozpoczynała festiwal piwa na Przysłopie w ostatni weekend sierpnia. Jednak gdy tylko zabrałem się za wybór zdjęć, zrozumiałem, że to będzie tekst o czymś innym. O rodzinie i szczęściu.
| Dawno, dawno temu na Open Craft Festiwal (2017) |
Ale to był fajny wyjazd! Na tyle fajny, że postanowiłem wrócić do dawno nie widzianej sekcji na Piwnych Podróżach, czyli Na Szczycie Kraftu. Wyprawa na Łysą Górę (w oryginale to Lysa Hora), najwyższy szczyt Beskidu Śląsko-Morawskiego. To już drugie podejście do ataku szczytowego w ciągu miesiąca, co podnosiło rangę wyjazdu. Serdecznie zapraszam na pogranicze, wspólne szczytowanie i opowieść o tym, czego nie widzieliśmy. Na koniec będzie też kilka archiwalnych zdjęć, by zobaczyć to i owo, a także pite wówczas piwa.
Malinowska Skała to jeden z najładniejszych szczytów w Beskidzie Śląskim. Swój urok, ale też turystyczną popularność, zawdzięcza malowniczej wychodni skalnej wybijającej się na około pięć metrów ponad zboczem góry. To także jedno z najbardziej traumatycznych miejsc w historii moich piwnych podróży. Właśnie za sprawą tej majestatycznej skały. Letnia wyprawa szlakiem identycznym do tego, który jest sprawcą bolesnych wspomnień, miała być jego rehabilitacją, wypędzaniem demona, przywracaniem harmonii i poczucia równowagi we wszechświecie.
Krótko po tzw. odmrożeniu postanowiłem rzucić wszystko i wyjechać w Beskidy. Tym samym kilka minut po 6 rano ruszaliśmy w trasę do Rycerki Górnej. Tam swój początek i koniec zarazem ma jedna z najbardziej klasycznych pętli w Beskidzie Żywieckim. Chodzi o taki szlak, z którego idziecie w jedną stronę, robicie kółeczko przez góry i schodzicie w to samo miejsce z innej strony. Niepodważalną zaletą pętelek jest możliwość powrotu do zaparkowanego auta bez konieczności szukania sposobu powrotu do niego. Pogoda tego dnia miała być idealna do szwendania, a że nie byłem kierowcą, to spakowałem do plecaka dwa mocne piwa, w tym jedno najmocniejsze w domu (21%). Serdecznie zapraszam na Wielką Raczę i Przegibek.
Czasami jest tak, że człowiek musi. Inaczej się udusi. O tym jak bardzo brakuje mi chodzenia po górach, zdałem sobie sprawę będąc w nich. Brzmi jak paradoks. Tydzień wcześniej wybrałem się z rodziną na Trzy Kopce Wiślańskie. To niezbyt duży szczyt pomiędzy Wisłą a Brenną, na którym przez całe lata funkcjonowała kultowa Telesforówka - przytulisko z jakimś podstawowym jadłem i ciepłym napitkiem, klepiskiem, ale przede wszystkim z klimatem. Od raczej niedawna (rok temu nie było) czynne jest nowe schronisko. Po dwóch godzinach w samochodzie zaczęliśmy wspinaczkę dość stromym jak na beskidzkie warunki, ale łatwym szlakiem z centrum Wisły. Ja obarczony całym dobrem w plecaku, Gosia ze znacznie cenniejszym ładunkiem w nosidełku. Po godzinie z hakiem byliśmy u celu, ale ja się dopiero rozkręciłem. Miałem ochotę na więcej, na porządne górskie zmęczenie, zbułowanie, przejście sporego dystansu, nacieszenie się powietrzem i widokami... Stało się to ciałem już tydzień później. Musiałem.
Czasami bywa tak, że góra jest bardzo niska, a mimo to staje się turystyczną atrakcją. Położony w części Beskidu Małego, zwanej Grupą Kocierza, Żar jest nią z kilku powodów. Dla nas stał się kuszący z uwagi na biegnącą na szczyt drogę asfaltową, która miała umożliwić wtoczenie tam jedenastokilowego (tara) bolidu Hanny. To miało pozwolić jej na zdobycie już drugiej góry w 32 dniowym życiu (pierwszą była Hala Boracza). Dla mnie była to dobra okazja, do szczytowania z czymś smacznym. Całkiem przypadkowo wylosowałem z lodówki - jak się okazało - rzecz niebanalną.
Czasem jest tak, że pomimo fizycznej bliskości gór życie nie sprzyja zbyt częstym tam wyjazdom. Okres ciąży sprawił, że na palcach jednej ręki (może jednej i pół) mogę policzyć nasze wyjazdy w góry. Niech przemówią fakty - ostatni wpis z serii Na szczycie kraftu, to luty tego roku i świetny zimowy wyjazd na Stare Wierchy (klik!). Co ciekawe udało nam się już być w górach z trzytygodniową Hanią! Wózkiem wjechaliśmy na Halę Boraczą, bo praktycznie do samego schroniska prowadzi asfaltowa droga. Tym razem zabieram Was jednak na nieco trudniejszy, a przede wszystkim piwnie smaczny szlak!
Jaki jest najlepszy crossover we wszechświecie? Piwo i góry. Taka była geneza piwnych podróży i bardzo lubię wracać do korzeni, pić piwo na szczytach i delektować się widokami. Apogeum piwnej radości staje się możliwość wypicia smacznego piwa rzemieślniczego tuż po zejściu z góry, ale jeszcze na szlaku. Taką szansę daje nam pierwszy polski browar rzemieślniczy zlokalizowany w schronisku górskim. No precyzyjnie to obok. Zapraszam na żółty szlak z Sobótki na Ślężę, gdzie od dawna działa Dom Turysty PTTK "Pod Wieżycą", a od niedawna Browar Wieżyca.
Dziś bomba. Browar, o istnieniu którego wie bardzo niewielu. Otóż od około dwóch lat nie ma podstaw do tego, by nazywać Ursę Maior jedynym browarem w Bieszczadach, już całkowicie abstrahując od polemiki, czy Uherce Mineralne leżą jeszcze w Bieszczadach. Wtedy to w Mucznem powstał malutki browarek restauracyjny. Dziś zabieram Was właśnie do niego. Na samiuteńki kraniec Polski. Z uwagi na swoją lokalizację, jest to najbardziej na południe położony browar w naszym kraju. Siedlisko Carpathia i Browarnia Muczne.
