Przychodzi taki moment, że Tomasz chce sięgnąć do swojego backloga. Zapalniki do odkurzenia akurat tego materiału były dwa. Pierwszym było logo Lancaster Brewery wiszące na ścianie maltańskiej knajpy 67 Kapitali (klik), wtedy - w czasie poszukiwań kraftu w La Valetcie - przypomniałem sobie o czerwonej róży, Drugim była tęsknota za nudnym brytyjskim piwowarstwem, która dopadła mnie końcem ubiegłego roku. Zapragnąłem mieć na wyciągniecie ręki te wszystkie mildy, bittery, pale ale... Wiem, straszna choroba. Tak oto odkurzyłem zewnętrzny dysk, sięgnąłem po nieopisany jeszcze materiał z czasów wycieczki do Anglii i... Ponownie zachwyciłem się tamtejszym pubowym klimatem... Ale dziś o Browarze Lancaster!
Koniec i początek roku to czas podsumowań. Ja rozpoczynam bardziej intensywne podsumowanie mojej podróży do Anglii. Dziś zabieram Was tam, gdzie najbardziej lubię - w góry. Surprise - w Anglii są góry. Jeśli komuś Wyspy Brytyjskie kojarzą się górami to zwykle są to pasma w Szkocji, Irlandii lub Walii. Anglia wydaje się być płaska jak wykres encefalografu podłączonego do Macierewicza. Błąd. Może i góry nie są najwyższe, najwyższy szczyt Anglii - Scafell Pike nie przekracza 1000 metrów i jest dopiero trzynastym pod względem wysokości na Wyspach, ale już z daleka widać, że góry to nie przelewki. Dziś przejdziecie się po Lake District w Kumbrii i zobaczycie jeden z tamtejszych browarów - Hawkshead.
Mój pobyt w Morecambe
nie byłby pełny, gdyby nie odwiedzenie miejscowego browaru, gdyż
takowy działa w tym mieście od 2011 roku. No więc nie udało mi
się go odwiedzić. Co więcej nie udało mi się go nawet z całą
pewnością zlokalizować. Otóż browar położony jest w
przemysłowej części Morecambe, tuż przy wylocie na Lancaster.
Uzbrojeni w adres zajechaliśmy tam sobie kiedyś na rowerach i
szukaliśmy... I pomimo objechania całej industrialnej strefy kilka
razy nie znaleźliśmy żadnej hali (bo były tam same hale
produkcyjne i magazynowe), która szczyciłaby się tym, że znajduje
się w niej browar. Jedynie firmowy samochód na mini parkingu mówił
nam, że któryś z budynków dokoła może być browarem. No cóż,
jeśli znajdował się on gdzieś tam właśnie, to nic straconego.
Chyba. Niemniej jednak w jedynym stricte piwnym (no i winnym) sklepie
w Morecambe zakupiłem całą baterię dostępnych piw.
Przejdźmy się ponownie deszczowymi ulicami Anglii. Wyobraźcie sobie nadmorski kurort, którego czasy świetności minęły, z morzem znikającym kompletnie w czasie odpływów. Nikt już tu nie wybiera Miss Anglii, ale zbudowany w stylu Art Deco, stojący przy samym molo, Midland Hotel robi ekskluzywne wrażenie. Obok stoi zabytkowy budynek byłej stacji kolejowej. To sam środek ciągnącej się wzdłuż całego Morecambe promenady, dzięki której nie wygląda ono jak każde inne miasto. Deszczowa i wietrzna pogoda zdaje się nie przeszkadzać biegaczom, rolkarzom, rowerzystom i innym sportowcom, najczęściej seniorom. Nad morzem czuć ducha miejscowości wypoczynkowej. Wakacyjna pogoda niejednokrotnie zmuszała nas do ucieczki przed deszczem (lub czekania z rowerami pod wiaduktem) i dzięki temu wiemy, gdzie zostało ukute określenie pogoda barowa. Dziś bardzo nietypowy bar.
Eric Bartholomew znajduje się niedaleko promenady, na głównym deptaku Morecambe. Główny deptak pomimo ciekawej architektury nie jest zbyt okazały, ale to głównie za sprawą panoszącego się remontu.
Wracam do Anglii. Blisko dwutygodniowy urlop spędziliśmy w ciekawej okolicy hrabstwa Lancashire. Mieszkaliśmy w Heysham, słynącym z elektrowni atomowej i mieszkającego tam Tysona Fury (nie dostałem strzała znikąd). Heysham leży obok bardzo znanego niegdyś ośrodka wypoczynkowego Morecambe. To tam przez całe lata wybierano Miss Anglii. To musiały być niełatwe wybory, gdy nie było tam Polek, Rosjanek, Litwinek, Łotyszek, Ukrainek... Dziś, choć miasto przeżywa trudne czasy, to jest typowym angielskim miasteczkiem, ale o nim będzie innym razem. Warto wspomnieć jeszcze o sąsiednim Lancaster, historyczną i obecną siedzibą królowej Anglii. W takich oto historycznych rejonach przyszło nam wypoczywać i pić piwo.
| Pomnik Erica Morecambe w samym centrum promenady - każdy ma takie zdjęcie. Każdy. |
Dziś zabieram was do klasycznego angielskiego pubu. Takiego najbardziej tru. Pomimo tego, że znajduje się przy samej promenadzie, tuż nad morzem i zaraz przy powyższym pomniku, to nie rzuca się w oczy i nie wyróżnia. Wciśnięta między inne kamienica pokryta białą elewacją z dużym lecz skromnym napisem The Royal Bar nie przyciągnęłaby mojego wzroku, gdyby nie potykacz z napisem "cask ale". To tych dwóch słów, wymiennie z "real ale", szukałem szwendając się po północy Anglii.
Nie mogę uwierzyć, że to już dziewięć miesięcy minęło od poprzedniego wpisu o piwach z browaru Buxton! Mam wrażenie, że czas pędzi nieubłaganie i nie bierze jeńców. Tutaj (klik) opisałem siedem piw z tego angielskiego browaru, które zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Grudniowe poszukiwanie różnych piw zaowocowało znalezieniem trzech kolejnych piw z Buxton Brewery. Tym razem miało być równie ciekawie, co za pierwszym razem. Do piwnego koszyka wpakowały się dziarsko berliner weisse, india pale ale oraz imperial stout. Czyż nie zacnie?
| Jedyne grupowe zdjęcie "przed" |
Zabieram was do Bristolu na degustację trzech angielskich piw. Nowofalowy browar Arbor, znany ze swoich eksperymentalnych zapędów, trafił pod moją strzechę dzięki będzińskiemu Groszkowi. Trzy butelki z liściem klonowym na etykiecie z piwami w ciekawych, "rewolucyjnych" stylach były uzupełnieniem wspaniałego weekendu, pełnego 30. urodzin siostry, jazdy na rowerze, ogólnego odpoczywania od pracy oraz niespodziewanych, miłych gości. Czego więcej chcieć? Aby piwa trzymały poziom. Zapowiadały się troszkę na podobieństwo pierwszych próby naszych rzemieślników - bierzemy masę chmielu i walimy do kadzi, piwosz sobie z tym poradzi. Wynik to 2 do 1 na korzyść Arbora - które piwa przeszły do kolejnych rund, a któremu zaszkodziło i odpadło po eliminacjach?
...ale w jakże innych okolicznościach przyrody. W sobotę po pracy postanowiłem obejrzeć heroiczny, przegrany (tak wtedy zakładałem) bój z mistrzami świata w piłce nożnej o prawo startu w kolejnych mistrzostwach Europy, w knajpie. Wybór padł na Browariat, bo ciągle coś nowego, a poza tym atmosfera na wydarzeniach sportowych jest tam przednia, a ekipa za barem wyśmienita. Z Danielem, który mi towarzyszył w Katowicach, umówiłem się na kolejny dzień na wypad w Beskid Śląski. Tam też Piwnemu Podróżnikowi nie mogło zabraknąć piwa - uff, dobrze że na Mariackiej, na którą poszedłem w piątek po jedno piwo, kupiłem jednak pięć.
Wpis podzieliłem na dwie części (spokojnie, w jednym poście) - jedna to Piwo w sobotę, druga to Piwo w niedzielę. Prosto. Na koniec łyżka dziegciu w wagonie PKP.
Do Browariatu wybierałem się od dawna. A to kasa się kończyła, gdy miesiąc jeszcze nie miał zamiaru czynić tego samego. A to nie było mi specjalnie po drodze z Katowicami. Czas mijał, a piwo odłożone mi przez Roberta leżakowało sobie tam spokojnie. Po powrocie z wakacji nie dość, że zostały mi jeszcze pieniądze, to czas pozwolił mi na możliwość pokibicowania Polakom zdobywającym mistrzostwo świata w siatkówce. Akurat był półfinał. Półfinał ten był wspaniałą okazją, do przyjrzenia się bliżej zmianom jakie zaszły w portfolio piw dostępnych w Browariacie.
Na początku kwietnia 2014 r. miało miejsce spore wydarzenie na światowej piwnej scenie. W amerykańskim Denver odbył się World Beer Cup, globalny konkurs piwny. Jak każdy konkurs ma swoje słabsze strony, ale (1) docierają tam piwa z CAŁEGO świata, (2) najlepsi na świecie sędziowie mają z czego wybierać, bowiem (3) piwne kategorie są bardzo licznie obsadzone. Licznie i mocno, bo nikt nie wysyła tam Kasztelana do kategorii international lager. Krótko po tym udałem się do Browariatu na małe spotkanie z szychami z Schönram - przedstawicielami tamtejszego browaru, który swoje piętno odciska na mieszkańcach Katowic dzięki działaniom Fantastycznej Piątki. Opiłem się niesamowitego piwa na czele z Bayerische Pale Ale na mandarynkowym chmielu Mandarina Bavaria oraz Black Pale Ale z Meantime. Co łączy te dwa wydarzenia? Mianowicie to, że w Browariacie można spróbować trzech piw, które zostały medalistami w swoich kategoriach i to 10 kilometrów w linii prostej od domu. Czad!
Z wiekiem i zapuszczaniem się przyzwyczaiłem się, że moja broda żyje własnym życiem, a próby okiełznania jej można porównać z daremnymi wysiłkami zmierzającymi do zrozumienia tajemnicy życia albo bezskutecznością w próbach pojęcia polityki Kaczyńskiego. Porzuciłem jakiekolwiek próby obcinania, rozczesywania i dbania o swoją brodę przez co staje się ona dziwna. Czy jednak jest tak dziwna jak Weird Beard? Zapraszam do degustacji czterech piw z angielskiego browaru Dziwna Broda.
Zwykle jest tak, że przemierzam piwną pustynię niczym Mad Max, albo niczym ostatni rewolwerowiec Roland poszukuję swojej piwnej Mrocznej Wieży. Zwykle sosnowieckie sklepy prezentują ofertę przeznaczoną dla pana Mietka, co to lubi w autobusie machnąć dwa mocne przed pracą, albo dla Typowego Bartka, studenta geologii, dla którego piwo z Łomży jest najwyższą emanacją ducha craft z browaru regionalnego. Zwykle jestem niepocieszony. Zwykle nie znajduję nic ciekawego i sapię z
wściekłości, że znowu trzeba będzie jechać do bardziej cywilizowanych
Katowic po coś smacznego, a przede wszystkim nowego. Tak, nowego. Bo próbowanie nowych piwnych smaków cieszy mnie najbardziej. Dlatego właśnie gdy zobaczyłem poniższe piwa na półce sklepu, który jest ode mnie rzut beretem, postawiłem oczy w słup i krzyknąłem: "Shut up and take my money!"
No może nie od razu... Z początku kupiłem tylko trzy najczarniejsze z nich, ale to było tylko oszukiwanie samego siebie, bowiem kilka dni później (czyt. nazajutrz) wróciłem dokupić resztę... No ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie wydałem takiej kasy na piwo na raz.
Końcem lutego przez zasyfione wody Rawy do katowickiego Browariatu wprost z Londynu przypłynął Mintaj... tfu Meantime. Nie oznaczało to oczywista, że zaczęły się tam podłe czasy, wręcz przeciwnie nowy browar spod znaku craft, to okazja by rozszerzyć znajomość portfolio tego browaru. Nie mogłem sobie odmówić wizyty, szczególnie że nie wszystko z londyńskiego Meantime piłem, a dotychczasowe doświadczenia pokazują, że warto się nad tymi piwami pochylić.
W Browariacie brytyjskie caski (czyli ichniejsze kegi) gościły po raz pierwszy i właściciele przeżyli popołudniowy szok, gdy tegoż dnia okazało się, że mają one inne gwinty niż nasze i nie da rady ich podłączyć - w sukurs przyszedł ktoś z zaprzyjaźnionej knajpy. Tak czy siak nie udało się podłączyć dwóch beczek, ale ta jedna podłączona rekompensowała wszystko - był to russian imperial stout.
O stoucie jako stylu piwa pisałem już kilka razy (wszystkie posty, w których się on pojawia wyświetlą się, gdy klikniesz na ten tekst). Tym razem, za sprawą sklepu na Mariackiej w Katowicach, wpadł mi w łapy szczególny typ stoutu - stout czekoladowy. Stout czekoladowy to specyficzna odmiana stoutu, czasem określana jako słodki stout, której cechą charakterystyczną są aromat i smak czekolady. W ramionach mych znalazł się Organic Chocolate Stout z angielskiego browaru Samuel Smith.
Byłem bardzo, ale to bardzo ciekaw, co będzie w środku.
Przeciętna osoba, która nie jest miłośnikiem i znawcą alkoholi, zna podstawowe zasady, jakimi należy kierować się łącząc potrawy z winami. Wina uchodzą za napoje wykwintne, które w dobrym tonie jest pić do posiłków, a znajomość odpowiedniego ich dobierania to właściwie podstawa kulinarnego savoir-vivre'u. Ja nigdy nie będąc fanem wina, nawet zanim jeszcze zacząłem pić alkohol, skądinąd widziałem, że "czerwone do czerwonych mięs, a białe do ryb i drobiu". Oczywiście jest to znaczne uproszczenie skomplikowanych zasad, których łamanie może dać ciekawe efekty. Nikt nigdy jednak nie mówił o ciekawych możliwościach, jakie daje dobieranie odpowiednich stylów piwnych do poszczególnych posiłków.
Wraz z moim zainteresowaniem piwem i ta kwestia musiała w końcu wypłynąć na wierzch. Im więcej lektur za mną, tym większa ciekawość, by empirycznie sprawdzić proponowane w nich zestawienia określonych dań z poszczególnymi stylami piwnymi. Po co?
Piwo staje się (stało?) napojem modnym, którego picie nie jest domeną ubogich finansowo studentów, robotników na budowie, górników w szynku po szychcie i miłośników grillowania, Przestał być tylko płynnym chlebem, zastępującym posiłki ludziom, którzy nie mają czasu jeść, a potrzebują w krótkim czasie uzupełnić kalorie. Tym samym piwo weszło na salony i zaczęło być zestawiane z potrawami tak, aby dzięki tym kombinacjom rozbudzać zmysły i byśmy mogli rozpływać się w smakowych ekscytacjach.
Guru kulinarno-piwnych eksperymentów, Garrett Oliver - amerykański piwowar, napisał: "Jeśli kochasz jedzenie, a znasz się tylko na winach, to jakbyś próbował rozpisać symfonię tylko na połowę instrumentów i z połową nut".
Dziś wraz z deserem wypłynę z na Wysp Brytyjskich.
Imperialne India Pale Ale to styl, o którym od pewnego czasu głośno, a będzie jeszcze głośniej. Nawet nie tyle za sprawą rewolucji, której nadrzędnym celem wydaje się być dostarczanie klientom jak najbardziej charakternych piw, co za sprawą Czesława Dziełaka. Jego Imperialne IPA zdobyło tytuł Grandchampiona 2013 roku na żywieckim Festiwalu Birofilia. Dzięki tej nagrodzie, to właśnie piwo uwarzone w oparciu o recepturę Pana Dziełaka zostanie dostarczone do sklepów i pubów całej Polski już w grudniu. Piwnym maniakom styl imperial IPA nie jest obcy (z rodzimych produktów mogliśmy spróbować już Imperium Atakuje z Pinty oraz Ox Bile z Hausta), ale każdy z nim nie obeznany będzie w szoku po spróbowaniu. Dlaczego? Ano dlatego, że są to piwa przepotężnie nachmielone.
Aby opowiedzieć trochę o stylu potrzeba jednak dobrego przykładu. Ten grzecznie czekał w lodówce na swoją kolej. A jest to Halcyon z angielskiego browaru Thornbrigde.
| Czyż nie cudna etykieta? |
Zapraszam do dalszej części tekstu, gdzie znajdziesz więcej informacji a imperialnych IPA, browarze Thronbridge oraz samym Halcyonie.
W 1999 roku został założony w londyńskim Greenwich, nieopodal Tamizy, browar Meantime, który postawił sobie za cel przywrócenie dziedzictwa piwowarskiego londyńczykom, które zostało odebrane im przez podłe koncerny, zalewające rynek bezsmakowymi lagerami. Nazwa browaru została zapożyczona ze słynnego i obowiązującego do lat 70. czasu GMT (Greenwich Mean Time), czyli czasu obowiązującego na południku zerowym, który został niegdyś zaadoptowany na świecie jako uniwersalny. Przez kilkanaście lat browar z powodzeniem realizował swoje postanowienia, dzięki czemu ich piwa są rozpoznawane na świecie, nie tylko dzięki pięknym butelkom.
Niektórzy, mimo fatalnego zdjęcia, domyślają się, że w moje spragnione łapki wpadło nic innego tylko india pale ale z londyńskiego browaru. Chociaż zdecydowanie bardziej znany jest ich porter, to mam nadzieję, że IPA mu nie ustępuje.
A jak smakowała?
Bardzo długo zbierałem się do opisanie wrażeń, jakie miałem po tym piwie. Poczynione naprędce notatki nie zachęcały do tego, nie motywowały... A wszystko zaczęło się od naprawdę ciekawej butelki i jednego z najciekawszych kapsli, jakie pojawiły się w mojej szufladzie (szuflada na tą, w której stoją piwa).
No właśnie, tym zachęcony nabyłem butelczynę na Birofilach. A jak smakowało?
Burton Bitter z browaru Marston's przyjechał do mnie w moim własnym plecaku, który towarzyszył mi na tegorocznym Festiwalu Birofilia. Pośród ogromu wspaniałych piw i rozbuchanych stylów zapragnąłem znaleźć coś, co będzie do bólu najprostszym angielskim piwem górnej fermentacji (ale - czyt. ejlem). Kiedy oko me spoczęło na tej kompletnie niczym nie wyróżniającej się etykiecie, mózg postanowił. Biorę je. Burton Bitter jest typowym przedstawicielem stylu piwnego zwanego, tadam tadam, bitter, albo ordinary bitter (zwyczajne gorzkie).
Co to za styl? Skąd to piwo? Jak smakowało? Zapraszam dalej oczywiście.
Vintage ale, stare ale, tradycyjne ale... Wiele nazw na określenie stylu piwnego, którego nie da się zbyt łatwo scharakteryzować. Do tej pory nie było mi dane spróbować ani jednego tradycyjnego ale. Po powrocie z żywieckiego festiwalu nastąpiło moje kolejne piwne rozdziewiczenie. Wszystko za sprawą zakupionego tam i przytachanego do domu Smugglers Vintage Ale z kornwalijskiego browaru St. Austell.
Czym jest tradycyjne ale i jak smakuje Smugglers? Zapraszam do czytania!