Żyjemy w bardzo ciekawych czasach dla piwowarstwa rzemieślniczego
i świata piwa w ogóle. Zmieniająca się rzeczywistość, która
każe do lamusa odłożyć oklepany „złocisty trunek”, dotyka nie tylko Polski, ale można powiedzieć, że w pigułce nadrabiamy
lata ewolucji sfery craft beer, jaka dokonywała się w Juesendej od
lat 70. ubiegłego wieku. Wiele nadrabiamy, ale jednocześnie wiele
procesów, które obserwujemy dziś na rodzimym gruncie, jest
odbiciem tego, co dzieje się równolegle za oceanem. Jednym z nich
jest dyskusja o potrzebie wyznaczania granic stylów piwa oraz tego,
co reprezentują.
Potrzeba napisania kilku słów o stylu session IPA pojawiła się
jeszcze przed bitwą w ramach katowickiego Beer Cup, którego
bohaterem była właśnie sesyjna IPA, gdy nie bardzo wiedziałem, co
o tym stylu napisać. Dla mnie sesyjna IPA to taki oksymoron.
Przyzwyczailiśmy się, że IPA są charakterystyczne, mocno
nachmielone, intensywne, walące aromatami w nos, miażdżące
smakami i goryczą. Jak pogodzić to z sesyjnością, która zresztą rozumiana jest u nas dwojako, i czy to się
rzeczywiście kłóci? Przy okazji rozważań na temat stylu session
IPA powiem wam, dlaczego dla amerykanów z Beer Judge Certification
Program india pale ale i IPA to już nie to samo.


