Browar Salio
10:00Jadąc do Salio, spodziewałem się po prostu kolejnego browaru restauracyjnego. Ot, miejsca, w którym można napić się piwa warzonego na miejscu i zjeść coś dobrego. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Zapraszam do rzadko pojawiającego się tu Województwa Łódzkiego, do wsi Besiekierz Rudny, o której do tego momentu nie słyszałem ani ja ani - z całym szacunkiem - Wy, oraz rzecz jasna do Browaru Salio.
Do Salio trafiam wracając z dwóch dni pracy w Kole, Turku i Tuliszkowie. Nie ukrywam, że właśnie ten aspekt mojej pracy lubię najbardziej – możliwość włóczenia się wzdłuż i wszerz kraju i odkrywania miejsc, do których pewnie nigdy nie trafiłbym prywatnie. Już po wjeździe na teren Salio Equisport Resort szybko zorientowałem się, że browar jest tu tylko jednym z elementów znacznie większej całości. Rozległy kompleks, hotel, restauracja, stajnie i wszechobecne konie sprawiają, że trudno traktować to miejsce wyłącznie jako browar. To raczej nowoczesny ośrodek, którego piwo jest jednym z wielu powodów, dla których warto tu zajrzeć. Dla większości odwiedzających będą to zapewne konie. Dla mnie – niezmiennie – najważniejszy był browar.
Co ciekawe, wszystko znajduje się zaledwie kilka minut od skrzyżowania autostrad A1 i A2 w Strykowie, czyli nieopodal Łodzi. Jeszcze chwilę wcześniej jadę jedną z najważniejszych tras w kraju, a po zjechaniu z autostrady trafiam do miejsca, w którym tempo życia wyraźnie zwalnia. Zieleń, przestrzeń i spokojna atmosfera sprawiają, że już od pierwszych minut poczułem, że może to być znacznie więcej niż krótki przystanek na piwo.
Już po wejściu do środka łatwo zauważyć, że nie jest to typowy browar restauracyjny. Wszystko sprawia wrażenie przemyślanego i spójnego. Industrialne wnętrze ma dużo mocnych elementów, a mimo to nie przytłacza. W oczy od razu rzuca się ogromny, centralnie ustawiony bar. Zaraz za nim wzrok ucieka do wielkich okien wychodzących na ujeżdżalnię (jeśli ktoś zna fachową nazwę, chętnie się dokształcę), a chwilę później zatrzymuje się na odsłoniętej warzelni i tankach leżakowych. Całość dopełnia ogromny żółty piec kaflowy, od którego naprawdę trudno oderwać wzrok. Do tego Harley Davidson, Vespa i kilka innych detali, które sprawiają, że wnętrze ma swój charakter, ale ani przez chwilę nie sprawia wrażenia przeładowanego.
Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak otoczenie. Salio żyje nie tylko piwem, ale przede wszystkim końmi. Widać, że to miejsce przyciąga pasjonatów jeździectwa, a cały kompleks został zbudowany wokół tej pasji. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się jeździectwem, trudno nie docenić klimatu, jaki dzięki temu udało się tutaj stworzyć. Bardzo podoba mi się to, że wszystkie nazwy piw i potraw w karcie dań nawiązują swoimi nazwami do tematyki jeździeckiej i koni w ogóle.
Skoro jest browar, nie mogło oczywiście zabraknąć degustacji. Spróbowałem kilku piw z oferty i... tym razem nie one były głównymi bohaterami wizyty. Były poprawne, pijalne, ale żadne nie sprawiło, że długo jeszcze o nim myślałem po wyjściu z restauracji. I nie ma w tym nic złego. Nie każde miejsce musi zachwycać piwnymi fajerwerkami. Niemniej jednak nie były to klasyczne restauracyjne banały. Piwowarem jest tu Krzysztof Juszczak, czyli Jozefik, doświadczony i utytułowany piwowar. O ile wśród czterech piw na desce wylądowały pils i hefeweizen, to uzupełniły ją imperial pastry sour, belgian spice ale. Doceniam próbę wyjścia poza klasykę, ale tym razem bardziej zapamiętałem miejsce niż piwa. W sensie żadnego z tych piw nie zamówiłbym w większej pojemności, nawet tego "belga". Ale już wietbier był zacny. Kronikarski obowiązek każe jednak wspomnieć, że browar potrafi warzyć znacznie odważniejsze rzeczy. W ofercie pojawiają się IPA, quintuple czy coffee stout, więc łatwo trafić na coś mniej oczywistego. Do tego Krzysztof Juszczak zdobył podczas ubiegłorocznego KPR srebrny medal za Wild Horses Raspberry. Warto więc pamiętać, że moja ocena dotyczy wyłącznie tego, co akurat trafiło na moją deskę degustacyjną. No i na ubiegłorocznym KPR (klik!) Krzysztof Juszczak zdobył srebrny medal za piwo Wild Horses Raspberry, czyli dzikie piwo malinowe.
Mam wrażenie, że właśnie siła Salio tkwi jednak w koniach i ich pasjonatach. To nie jest miejsce, do którego wybrałbym się wyłącznie na degustację. Chętnie wróciłbym natomiast na spokojny obiad, spotkanie albo po prostu na kilka godzin odpoczynku podczas podróży. W takim scenariuszu własny browar staje się bardzo przyjemnym dodatkiem do całości.
Czy warto odwiedzić Salio? Moim zdaniem tak. Nie dlatego, że odkryjecie tutaj piwa, o których będzie głośno wśród miłośników kraftu. Warto przyjechać dla klimatu, bardzo udanego połączenia restauracji z browarem i wyjątkowego otoczenia, które skutecznie pozwala choć na chwilę zapomnieć o tym, że jeszcze kilka minut wcześniej jechało się autostradą. Czasem właśnie takie miejsca zostają w pamięci najdłużej. Bo przecież nie zawsze wraca się z podróży z nowym ulubionym piwem. Czasem wraca się po prostu z dobrym wspomnieniem. I to też jest wystarczający powód, żeby o danym miejscu napisać.







0 komentarze