Nagroda za najlepsze piwo miesiąca nie umarła, przeszła w wakacyjny stan hibernacji. W czerwcu nie było czego podsumowywać, bowiem ukazał się jeden wpis, w którym opisywałem rynkowe piwa. Lipiec i sierpień przyniosły za to masę podróży, wyjazdów w góry i wszystkich innych, które starałem się w miarę na bieżąco wam przedstawiać. We wrześniu "roztopiłem się bezmyślnie w otoczeniu" i postanowiłem wybrać najlepsze piwo ostatnich miesięcy. Nazwałem to Wakacje 2016 i tak jest dobrze.
Wizyta w Browarze Roch była jedną wielką niewiadomą i od niego właśnie wolałem na wszelki wypadek rozpocząć swoje sudeckie piwne wojaże. Dlaczego niewiadomą? Ano dlatego, że skontaktowanie się z kimkolwiek w browarze okazało się karkołomne - ani mail, ani facebook, ani telefon. Brak mi było konkretnych i pewnych informacji, czy miejsce w ogóle jest otwarte i czy można je zobaczyć. Różne osoby pisały mi, że zobaczenie Rocha może nic być takie łatwe. Mi się częściowo udało.
Wszystkie moje dotychczasowe kontakty z piwem norweskim zawdzięczam prezentom. Różne miłe osoby będąc na północy Europy przywoziły mi mniejsze i większe podarki. Tak spróbowałem Nogne O, tak wypiłem Haandbryggeriet i tak poznałem mojego faworyta - Aegir Bryggeri. Stało się to gdy zobaczyłem na zdjęciach, jak wygląda browar. Zobaczcie sobie sami. Trafiły do mnie przepiękne, śliskie etykiety z uśmiechniętym wikingiem, ale przede wszystkim zasmakowało mi piwo. Dzisiejsze trzy piwa przyjechały do mnie za sprawą siostry, która z mężem wybrała się na daleką północ na roadtrippin'. Okazało się, że wystarczy powiedzieć: "kup coś z uśmiechniętym wikingiem" i nie trzeba nic więcej dodawać. Dzięki siora, wiem że to nie tania zabawa!
To miała być pierwsza relacja z Cieszyna. Kiedy w niedzielę rano wracałem z Brackiej Jesieni, głowa tętniła mi głównie od miłych wspomnień. Układałem sobie, co przy popołudniowej kawie napiszę na swoim blogu. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że ból gardła, który męczył mnie od rana, to nie lekkie przewianie, a cholerna angina, która rozłożyła mnie totalnie na kilkanaście dni. Zamiast skończyć pisać przed popołudniowym grillem i niespodziewaną wtopą z Kazachstanem poległem, a przez kolejny tydzień idealnie nadawałem się roli w Walking Dead. Tym samym jest to prawdopodobnie ostatnie już wspomnienie cieszyńskiego zakończenia lata.
Mam ogromny sentyment do belgijskiego piwowarstwa, bo to od niego rozpoczęła się moja własna piwna rewolucja. To właśnie piwa z Belgii wydobyły dla mnie bogactwo tego świata i przyczyniły się do powstania bloga. Belgia to piwa klasztorne, szczególnie trappistowskie, dziesięcioprocentowi mocarze, witbiry, saisony, oczywiście wszelakie lambiki, ale także inne kwaśne piwa. Bardzo lubię "pielgrzymki" z kielichem w ręku do kraju Flamandów i Walonów. Czasem to ekspedycje w nieznane, a czasem wojaże w swojskie rejony.
Dziś zapraszam na trzy dobrze mi znane piwa oraz cztery zupełnie nowe. Wszystkich poza jednym spróbowałem właściwie dopiero co. Nie dajcie sobie wmówić, że piwa belgijskie są nudne. Nudne to są koncerniaki.


