Czasami bywa tak, że łatwiej jest rozwinąć biznes poza ojczyzną. Okazuje się, iż nie tylko polscy urzędnicy rzucają kłody pod nogi potencjalnym piwowarom, obrzydzając im życie i utrudniając zmianę pasji w dochodowy interes. O tym że w Słowenii jest podobnie niech świadczy przykład Bevog Brewery, który został założony przez słoweńców - ale w Austrii. Bo tam zapewne łatwiej. Browar powstał w granicznej miejscowości Bad Radkersburg. W moje łapki wpadły dwa piwa z tego browaru.
Odbywający się już od wielu lat w czerwcu Festiwal Birofilia to najlepsze miejsce aby zacząć piwną przygodę. Moja zaczęła się jeszcze zanim pojawiłem się tam pierwszy raz, ale wraz z pierwszą obecnością w Żywcu przygoda nabrała zawrotnego tempa. Oczywiście nie jest to miejsce tylko dla początkujących. Wręcz przeciwnie, mogą oni poczuć zawrót głowy, gdy zobaczą ilość piw i dotrze do nich ogrom wyboru przed jakim stoją. Festiwal Birofilia to wydarzenie, na którym świetnie będą bawić się też tru miłośnicy piwa, którzy nawet herbatę piją z tecu, kawę przyjmują tylko pod postacią coffee stoutu, zapach kiełbasy znają jedynie z niemieckiego rauchmarzena i zawsze mają jakieś ale.
Dlaczego tak jest? Zapraszam do czytania!
Zamieszkała przez ok 2 tys. ludzi wieś tuż obok Karpacza była naszym domem, bazą wypadową, oazą spokoju oraz degustatornią przez okrągły tydzień. Jadąc tam, nie spodziewałem się ile fascynujących historii może nam opowiedzieć okolica. Z każdym krokiem robiło się bardziej mrocznie. Gdybym przyjechał tu późną jesienią lub zimą, z pewnością czułbym się jak bohater opowiadania Lovecrafta przybywający do malutkiego miasteczka w stanie Massachusetts. Tajemnicze budynki, niedzisiejsi ludzie łypiący spode łba, niewyjaśnione historie, zamknięte kopalnie, światła w nocy, plugawe odgłosy... Wszystko to sprawiało, iż nie opuszczało mnie wrażenie, że gdzieś na strychu znajdę Nekronomicon i popadnę w obłęd. Na szczęście wspaniała pogoda i masa piwa uratowały mnie przed szaleństwem.
To słowo pojawiło się przed moimi oczami w czasie jakże przyjemnej poniedziałkowej pracy. Saudade to swoisty rodzaj tęsknoty, charakterystycznej dla Portugalczyków nostalgii, którzy w pozytywny sposób odnoszą się do tego, co przeszłe. Przeniosłem się w myślach do Aveiro, gdzie delikatny grudniowy wietrzyk chłodził powietrze do temperatury 18° C., następnie na nabrzeże w Porto, gdzie wmłóciłem pyszną francesinhę, by później zasiąść w malutkiej pastelarii i zaaplikować sobie bombę kaloryczną pod postacią ovos moles. Myśli te były na tyle natrętne, że odkurzając zdjęcia z końca Europy zdałem sobie sprawę z faktu, że przede mną ciągle jeszcze konieczność zamknięcia cyklu wpisów o Portugalii - wciąż nie opisałem na blogu czterech piw z pewnego browaru. Na szczęście zeszyt z notatkami leżał tam, gdzie go zostawiłem.
Panie i Panowie, przed Wami Vadia.
Nawet najbardziej wytrawny turysta górski ma takie chwile, gdy nie chce mu się zdobywać szczytów, przedzierać przez ostępy, torować sobie drogi maczetą, odmrażać stóp... Po prostu mu się nie chce. Jak już będę wytrawny, to dam znać jak to jest. Póki co jestem półsłodki i też mi się nie chciało. Na swoją obronę mam tylko to, że innym nie chciało się bardziej, a ja nie byłem kierowcą. Nadszedł więc dzień, gdy dzielna drużyna postanowiła (po raz kolejny, bo już wcześniej próbowaliśmy, ale nie wyszło) zdobyć Zamek Chojnik w Sobieszowie, a następnie spenetrować starożytną kopalnię mithrilu (lub czegoś podobnego) w Kowarach. Oczywiście spakowaliśmy piwo, bo w innym wypadku nie zanudzałbym swoją podróżą. Pasy zapięte? Można ruszać!
| Fellowship of the beer |

