Dziś zapraszam do Tajemniczego Ogrodu. Nie, nie chodzi mi o powieść Frances Burnett, ani o nowy film, na którym żeńska część mojej rodziny była w kinie w niedzielę, ani też ten starszy, Agnieszki Holland, który ja (średnio) pamiętam ze swojego dzieciństwa. Za nazwą Tajemniczy Ogród kryje się bowiem russian imperial stout Browaru Nook. Ale też dwie jego beczkowe wersje - Cidonio oraz Ebono. Oba te RISy to BA z beczek po rumie, z czym związany jest nowy ciekawy projekt browaru. Z umieszczonym w kartoniku Ebono wiąże się jeszcze pomniejsza internetowa burza w szklance piwa, o której wspomnę dalej.
Browar Fortuna niejednokrotnie sam prosił się o klapsy. Wypuszczanie rozpuszczalnikowych piw pseudobelgijskich, gdzie nawet po terminie aromat kleju do tapet był niemożliwy do wytrzymania, to słaby skok na portfele miłośników piw rzemieślniczych. Piwa smakowe (mirabelka, śliwka, wiśnia) celują w nieco innych odbiorców podobnie jak Fortuna Czarne, obiekt westchnień miłośników taniego kraftu w multitapie. Po nim trzeba iść do dentysty, tyle ma cukru. Musimy pamiętać jednak, że gdzieś w 2011 roku, kiedy nie było jeszcze pojęcia kraft, a nasze rzemiosło raczkowało, Fortuna wypuściła serię piw Miłosław - co prawda style były klasyczne - koźlak, pilzner, marcowe, pszeniczne - ale było to coś świeżego i przede wszystkim szeroko dostępnego. Przed nimi nieco trudniej uchwytne latały po sklepach miłosławskie Smoki - Czarny, Czerwony, Srebrny i Złoty - a tu mówimy już o połowie pierwszej dekady XXI wieku. Całe lata przed Kopyrem. No i oczywiście jedno piwo, które przez całe lata sprawia, że w ogóle interesujemy się tym, co produkuje Browar Fortuna - mowa oczywiście o nagradzanym w świecie Komesie Porter.
To właśnie porter z Miłosławia sprawia, że miłośnicy piwa pobiegli do sklepu i kupili trzy powyższe piwa. Czy one zasługują na tak dużą atencję? A na koniec bonus zupełnie na gorąco.
Russian imperial stout to królewski styl. Niewiele browarów jest w stanie porwać się na jego uwarzenie, bo nie każdy sprzęt jest w stanie to ugotować, sam proces bardziej czasochłonny, surowców trzeba znacznie więcej, a – przede wszystkim – czas leżakowania tak gęstego i tym samym mocnego alkoholowo piwa jest bardzo długi, co w największym stopniu podnosi koszt gotowego piwa. Potwierdzeniem tych słów niech będzie wyliczenie Piwnej Zwrotnicy, które jasno pokazuje, że w 2015 roku uwarzono w Polsce 1164 całkiem nowe piwa, a tylko 18 z nich to imperialne stouty, mimo że ludzie się o nie zabijają. Niewielka ilość nowych risów, jak w skrócie nazywa się tych mocarzy, jaka pojawiła się w ubiegłym roku i tak wywołała zupełnie niepotrzebny, dziecinny hejt kilku frustratów, którzy poczuli się oszukani, że kilka browarów wypuściło stosunkowo lekkie imperialne stouty. W moim przekonaniu, o ile mieszczą się one w szeroko przyjętych widełkach dla tego stylu, to nie ma o czym mówić – każdy robi jakiego chce, każdy jakiego chce kupuje. Dla mnie zupełną kichą jest np. wypuszczanie piw niegotowych, niedoleżakowanych – dla mnie takimi były np. tegoroczne Birbanty leżakowane w beczkach. Alkohol i klej do tapet.
Piszę o tym w ramach koniecznego wstępu do noworocznego przeglądu piw w tym stylu. Zaczynam nim nowy rok na blogu podobnie jak zaczynałem rok 2015 (klik). Podobnie jak w zeszłym roku dobór piw jest zupełnie przypadkowy – są więc risy z Ameryki, są i z Polski, jest mleczny imperial stout domowy (z tego samego domowego browaru co w ubiegłym roku), są przedstawiciele potężni i doświadczeni jak Sandor Clegane, którzy zetrą się z lekkimi naturszczykami pokroju Aryi Stark, rzutem na taśmę trafił do zestawienia belgijski imperial, są nowofalowe chmiele, jest nawet jeden leżakowany w beczce. Ostatecznym celem nie było porównanie tych piw między sobą, ale nie ukrywam, że kilka pojedynków może być ciekawych.
Stouty imperialne to piwa prawdziwie królewskie. Perły w koronie godne dworu carskiego. Najtęższe z najtęższych, najmocniejsze z najmocniejszych i - niczym Eric Roberts - najlepsze z najlepszych. Piwa o tak potężnej zawartości alkoholu okazują się być wymarzonymi piwami na długie zimowe wieczory, ciągnące się od piętnastej trzydzieści do pierwszej w nocy, gdy mróz trzaska za oknem, piana na piwie zamarza, a wysłużony diesel nie odpala. W takich okolicznościach przyrody, po niezwykle pracowitej końcówce roku, która spowodowała spadek ilości wpisów na blogu, pomyślałem sobie, że wynagrodzę sobie ciężką pracę przeglądem russian imperial stoutów. Było mi łatwiej, bowiem kilka z nich już leżało w chłodnym i ciemnym miejscu. Co ciekawe tylko jedno z tych piw zostało zakupione poza Zagłębiem Dąbrowskim. Wszystkie pozostałe pochodzą ze sklepów w Sosnowcu, Będzinie i Czeladzi. Nie liczę tu zamówionego Hadesa Gone Wild, którego najbliżej mogłem odebrać w Krakowie. Niemniej jednak zapraszam do czytania, wpis miał początkowo zawierać 8 poniższych piw. A na czym się skończyło?
Nie mogę uwierzyć, że to już dziewięć miesięcy minęło od poprzedniego wpisu o piwach z browaru Buxton! Mam wrażenie, że czas pędzi nieubłaganie i nie bierze jeńców. Tutaj (klik) opisałem siedem piw z tego angielskiego browaru, które zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Grudniowe poszukiwanie różnych piw zaowocowało znalezieniem trzech kolejnych piw z Buxton Brewery. Tym razem miało być równie ciekawie, co za pierwszym razem. Do piwnego koszyka wpakowały się dziarsko berliner weisse, india pale ale oraz imperial stout. Czyż nie zacnie?
| Jedyne grupowe zdjęcie "przed" |
...ale w jakże innych okolicznościach przyrody. W sobotę po pracy postanowiłem obejrzeć heroiczny, przegrany (tak wtedy zakładałem) bój z mistrzami świata w piłce nożnej o prawo startu w kolejnych mistrzostwach Europy, w knajpie. Wybór padł na Browariat, bo ciągle coś nowego, a poza tym atmosfera na wydarzeniach sportowych jest tam przednia, a ekipa za barem wyśmienita. Z Danielem, który mi towarzyszył w Katowicach, umówiłem się na kolejny dzień na wypad w Beskid Śląski. Tam też Piwnemu Podróżnikowi nie mogło zabraknąć piwa - uff, dobrze że na Mariackiej, na którą poszedłem w piątek po jedno piwo, kupiłem jednak pięć.
Wpis podzieliłem na dwie części (spokojnie, w jednym poście) - jedna to Piwo w sobotę, druga to Piwo w niedzielę. Prosto. Na koniec łyżka dziegciu w wagonie PKP.
To się prędzej czy później musiało stać. Bardzo szybko rozwijająca się Pracownia Piwa uwarzyła piwa w stylach, o których powiedzieć, że są mało popularne, to nic nie powiedzieć. Mr. Hard to pierwsze polskie piwo w stylu barley wine, a spokrewniony Mr. Hard Rocks to piąty polski imperial stout czasem określany dodatkowo przedrostkiem russian. To oczywisty kolejny krok dla wytyczającego nowe ścieżki browaru z Modlniczki... Oby kolejne browary ruszyły tą drogą...
Za każdym razem, gdy patrzę na butelkę Paradox Jura szkockiego BrewDoga, przed oczami staje mi drugoplanowy bohater komiksów z serii Wilq - Jur, który snuje się pomiędzy kolejnymi planszami, siejąc zamęt, oburzenie i turlając dropsa.
Na szczęście piwo, istniejącego od 2007 roku i mającego status kultowego browaru, nie ma z nim nic wspólnego. Paradox to seria piw będących imperialnymi stoutami, które leżakują w beczkach po whisky. O tym skąd browar bierze beczki po tym zacnym trunku, informuje druga część nazwy piwa. Mieliśmy więc Paradox Islay (beczki pochodziły z gorzelni na tej słynnej wśród smakoszy whisky wyspie), było Paradox Arran (beczki z wyspy Arran), a ja dostałem na urodziny Paradox Jura (beczki w którym leżakowało piwo pochodziły z wyspy Jura, która sąsiaduje z wyspą Islay). Na Jurze stworzył swoją przygnębiającą wizję świata roku 1984 Orwell.
Czy Paradox Jura zachowuje coś z tego klimatu?
Pierwsza przygoda z norweskim browarnictwem była dla mnie nieudana. Kiedy przyjrzeć się temu obiektywnie, to były jednak dwa "pierwsze lepsze" piwa z półki marketu. W ten sam sposób można by się zrazić do piwowarstwa w każdym kraju. Właśnie dlatego, kiedy Katarzyna wybierała się do Norwegii, moja prośba była jasna - im ciemniejsze piwo tym lepiej. Dostałem imperial stouta, imperial portera oraz ciemnego koźlaka. Dwa pierwsze przepyszne, koźlak "tylko" pyszny.
Z alkoholem w Norwegii nie jest różowo. Każdy o zawartości powyżej 4,75% alkoholu jest sprzedawany wyłącznie w państwowych sklepach monopolowych, a tych na całą wielką Norwegię jest ponoć ok 250. Poza tym taki alkohol obłożony jest podatkami jak towary luksusowe. W przeliczeniu z korony, 10 euro za piwo to nie tragedia. Szczególnie biorąc pod uwagę zarobki wikingów.
Nøgne Ø Imperial Stout
Historycznie piwo w stylu imperial stout było warzone w Londynie i przeznaczone na carski dwór w Rosji. Cechowało się podwyższoną zawartością alkoholu (9-10%) oraz dodatkowym chmieleniem, które przedłuży trwałość trunku i pozwalały na trwający tygodniami transport morski. Imperial stout zwany jest też racji kraju, który był głównym odbiorcą Russian Stout'em. Prosta etykieta browaru z Grimstad bardzo przypadła mi do gustu - zresztą etykiety wszystkich ich piw są utrzymane w tej samej konwencji. Czytelne i estetyczne.
Zawartość ekstraktu w tym piwie to 23%, a alkoholu ma aż 9%. Robi więc to co powinien - rozgrzewa tak, że na policzkach pojawiły mi się rumieńce, a palce na klawiaturze plątały się jakbym wykonywał suitę Czajkowskiego. Piwo jest genialne w smaku. W zapachu bez wątpienia wyczujesz alkohol, ale być może też i zioła. Smak to poezja - gorzkie, chmielowe, czekoladowo-palone, ziołowe. To jedno z tych piw, za którym można postawić mocno świecącą żarówkę, a nawet mały promyk nie przedostanie się przez nie na drugą stronę. Jest jak czarna dziura, która swym ciężarem przyciąga nawet światło. Zdecydowanie zakrzywiło też czas - sączyłem je ponad godzinę zachwycając się każdym łykiem. To piwo swym ciężarem gatunkowym nie przyciągnie każdego, ale mnie zdecydowanie tak.
Ægir Natt Imperial Porter
Na etykiecie wita nas uśmiechnięty Aegir, a całość utrzymana jest w konwencji średniowiecznych grabieży. Aegir to mitologiczny olbrzym, władca mórz i oceanów, niszczyciel okrętów (taki nordycki neptun/posejdon - zależy, które mity są Ci bliższe). To piwo to imperial porter, który zwany też jest strong porterem. Jeśli zastanawiasz się drogi czytelniku, w jaki sposób już mocny porter może być jeszcze strong, to nie zastanawiaj się. Musiało być mocniejsze w tym samym celu, co opisany wyżej RIS (russian imperial stout). Ten ma 10% alcu i miażdży. Ale nie tylko zawartością, ale też głębią smaku. Gorzka czekolada, kawa, słodycz karmelu, wędzonka, jakieś dziwne owoce (wiśnie? śliwki? - te ostatnie kojarzą mi się suszone, wigilijne). Mniam!
Borg Bokkøl
To - jak sama nazwa wskazuje (tym którzy są biegli w języku Mordoru) - koźlak. Na dodatek ciemny. W przypadku tego stylu piwa oznacza to barwę od ciemnej miedzi do ciemnego brązu. W tym przypadku mamy do czynienia z kolorem mocnej herbaty, co pięknie widać przez jakże paskudną białą butelkę. Smak nie zaskakuje tak jak poprzednie dwa piwa, ale stoi na wysokim koźlakowym poziomie. Tu goryczka jest delikatniejsza, jest lekko palone. Lekko owocowe. Wszystkie te "lekko" to oczywiście moja zryta przez mocne belgijskie piwa, koźlaki dubeltowe i portery perspektywa. Spokojnie mogę to piwo polecić każdemu, kto chce spróbować czegoś innego będąc akurat w Norwegii.
Wszystkie piwa mi smakowały, ale wrócę do nich pewnie dopiero wtedy, gdy będę obrzydliwie bogaty. Imperial porter kosztował bowiem 100 koron norweskich, czyli 50 zł. Tyle w temacie.



