Wakacje 2013 r. spędziłem na Białorusi, a właściwie w Mińsku. Co prawda aby uniknąć upierdliwego i czasochłonnego dla moich gospodarzy obowiązku meldunkowego, na dwa dni odskoczyłem do Wilna. Na szczęście wiza pozwalała na dwukrotny wjazd na teren naszych wschodnich sąsiadów. Wszystko to za sprawą zaproszenia Madzi, która uczy tam języka polskiego. Poczułem się znów jak na studiach, szczególnie gdy nocą wchodziłem do akademika przez okno. Niezła adrenalina. Zapamiętałem szczególnie monumentalne miasto, czyste ulice, trolejbusy, tanie metro, piwne magazyny z nalewakami przeciwciśnieniowymi i pomniki różnych morderców (np. Dzierżyńskiego). Przekonałem się też - wbrew propagandzie mediów - że to całkiem normalny kraj. O piwnej Białorusi przeczytasz w moim wpisie - tu.
Teraz pojawiła się szansa, aby choć myślami wrócić do tamtego lata, wódki pitej na barce, epickich pomników wojennych, kontrastów. Oczywiście za sprawą wspaniałego prezentu w postaci trzech piw prosto z Białorusi.