Tym razem zabieram Was tam, gdzie tylko najtwardsi przetrwają. W rejony, gdzie można posłać jedynie niezniszczalne wątroby, zahartowane przełyki i zwyrodniałe kubki smakowe. Z życiem ujdą wyłącznie weterani mózgotrzepów, tanich win, domowych nalewek, sylwestrowych pseudo szampanów i świeżo wymieszanych porterówek. Jeśli nigdy nie urwał Ci się film na początku imprezy tylko dlatego, że koniecznie musiałeś poprzedzić ją biforem, jeśli nigdy nie jechałeś na piwo, poprzedzając eskapadę wypiciem pięciu belgów i porteru, jeśli smak czystego spirytusu jest Ci obcy i nigdy nie miałeś do czynienia z domową węgierską palinką, to ostrzegam - samo dalsze czytanie może spowodować obniżenie poziomu krwi w alkoholu, marskość wątroby, zawroty głowy, womit, nagły porost brody i halucynacje o dobrym piwie. Wpis zawiera słód jęczmienny i śladowe ilości orzeszków. Orzesz... ku...
A byłem bardzo pozytywnie nastawiony do degustacji tych dziesięciu piw, do której zaprosiłem towarzysza górskich wyjazdów i piwnych ekskursji, Daniela. Wspierała nas też Katarzyna, której uwagi były trafne, dlatego że (1) jest kobietą i (2) nie jest fanką piwa. Naprawdę spodziewałem się, że będzie ciekawiej. Po wszystkim zastanawiam się, czy te piwa to rzeczywiście prezent, czy wysublimowany zamach na moją skromną osobę.