Nie wiem, jak długo znam Browarnika Tomka osobiście. Czy poznaliśmy się na pamiętnym wyjeździe do Lublina, gdzie obaj sprzedaliśmy się za kubki termiczne? Czy może znamy się jeszcze z Festiwalu Birofilia? A może pierwszym naszym spotkaniem był poznański Blog Day? Dziś już nie pomnę. Wiem za to, że jego blog istnieje odkąd pamiętam, a to oznacza, że jest starszy niż Piwne Podróże. O jakiś miesiąc. Tym samym mój imiennik świętował dziesięciolecie swojej pisarskiej działalności piwnej w tym roku, kilka tygodni przede mną. Zresztą można nas (blogerów piwnych, nie Tomaszów) było wtedy policzyć na palcach co najwyżej dwóch rąk. Po latach i kilku spotkaniach bardzo mi miło, że Tomasz sprezentował mi piwa, w których maczał swoje palce. Nie po raz pierwszy!
Niezwykle rzadko poświęcam osobny wpis, aby opowiedzieć o jednym tylko piwie. Wydaje mi się, że zapraszanie gościa na bloga i opisanie mu jednego piwa jest tak bardzo z 2014 roku. Wyjątku w sumie nie robię. Kormoran Radler to nie jest piwo sensu stricto. Niemniej jednak radlera otrzymałem w prezencie od browaru, a towarzyszył mu nietuzinkowy koszyk piknikowy, stąd postanowiłem potraktować go w sposób równie wyjątkowy.
Jeśli jesteś czytelnikiem tego bloga, to na pewno nie umknęło Twojej uwadze, że kolekcjonuję szkło piwne. Nie jestem do końca pewien, czy słowo kolekcjonowanie jest tu odpowiednie, bo mi zdecydowanie kojarzy się z czymś zorganizowanym, zaplanowanym i uporządkowanym. Może to bardziej gromadzenie? Bo u mnie jedynym przejawem organizacji są regały na szkło. Niemniej jednak na mój zbiór można spokojnie powiedzieć: kolekcja. Mam około 330 różnych, pojedynczych szkieł. Najcenniejsze w kolekcji są oczywiście te, które sam przywożę sobie z piwnych podróży, ale także te przywożone z festiwali stanowią dla mnie sporą wartość. Jednym ze źródeł zdobywania nowych egzemplarzy, są zestawy piw ze szkłem oferowane przez browary. Naturalnym jest, że te idealnie nadające się na prezenty paczki w zwiększonej liczbie pojawiają się przed świętami. W tym roku dałem się skusić dwóm browarom - po raz kolejny Fortunie, która do trzech porterów i barlewine'a dorzuciła bardzo ładny goblet Ritzenhoff Sommelier oraz Kormoranowi, któremu dziś poświęcam kilka akapitów.
"Kiedy piwo szumi w głowie,
a cały świat nabiera treści,
wtedy chętniej słucha człowiek
morskich opowieści"
Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie fantastyczne - dosłownie i w przenośni - etykiety piw Browaru Probus z Oławy. Musicie tu wiedzieć, że od dziecka jestem fanem literatury science-fiction rozumianej dość szeroko. Kiedy kupowałem piwo w browarze, a potem jeszcze otrzymałem przesyłkę z kolejnymi, byłem w szoku, jak pięknie zaprojektowane są etykiety. Świetna kreska, koncepcja, kolory, fonty. Przede wszystkim jednak zauroczyły mnie tzw. "morskie opowieści". W tym przypadku nutka fantastyki naukowej. "Morskimi opowieściami" są w środowisku beer geeków nazywane historyjki umieszczane na kontretykietach. Czasem traktują o piwie, czasem są historią stylu, odnoszą się do jakiegoś miejsca lub wydarzenia. Sporadycznie są zwyczajnie głupie, najczęściej dość neutralne, ale rzadko są osobną wartością. Te z Browaru Probus są przednie, ale nie są jedynym przypadkiem w naszym krafcie, gdzie browar wznosi się na wyżyny copywritingu. Dziś o najciekawszych "morskich opowieściach" w polskim piwowarstwie rzemieślniczym.
Pierwszy raz byłem tam właśnie zimą. Nigdy nie zapomnę tego wyjazdu, bo już nigdy później zimowe góry nie wyglądały jak powierzchnia innej planety. Wtedy oddzieleni od reszty świata potężną warstwą chmur, spoglądaliśmy na czyste niebo i kroczyliśmy wśród form lodowego ogrodu. Surowe i zmrożone kształty kontrastowały z tabunami ludzi (głównie Czechów) spędzających czas w okolicach Równi pod Śnieżką. To bardzo popularne okolice (wszak Śnieżka jest dla naszych południowych sąsiadów najwyższym szczytem) nie tylko latem, o czym znów mieliśmy okazję się przekonać.
Zapraszam w rejony, gdzie Karkonosze osiągają swoje imperialne stany. Na Śnieżkę, do schroniska tuż pod nią, do najbliższego czeskiego schroniska i browaru jednocześnie oraz do bajecznych polskich schronisk poniżej Równi - Strzechy Akademickiej i Samotni. Choćby dla zdjęć warto.
W trzydziestym czwartym Wielopaku zabieram was do domu i w plener. Jest pół na pół. Połowa to piwa wypite całkiem niedawno (przy czym całkiem niedawno jest tu bardzo subiektywne), a połowa to wakacyjne (a nawet przed-) szaleństwa. W związku z licznymi opóźnieniami na blogu w listopadzie przechodzę w tryb rzadkiego picia, aby móc się nieco odrobić i nie zarzucać siebie nowym materiałem.
Na pierwszym zdjęciu to już prawdziwa archeologia, początkowo miał być wpis o świetnych piwach na rower, ale ja przecież nie piję na rowerze, a w tym sezonie też nie jeździłem za dużo. Trafiło mi się jeszcze na kole wypić 1 na 100, ale akurat to opisywanie dziś wypiłem na Mazurach, podobnie jak 4 latkę. Dwa piwa z Browaru Port Gdynia dostałem w prezencie od odpoczywających nad morzem Ewy i Łukasza, a Ósemkowe kupiłem sobie na Śląskim Festiwalu Piwa, to najświeższe.
Północna część Polski nie jest moim naturalnym siedliskiem. Morza, a w szczególności „kurortów” wypoczynkowych, szczerze nie cierpię, a na Mazurach byłem tylko raz. Do tego roku. Niezaprzeczalne piękno tych okolic sprawiło, że z pewnością wrócę tam, by czerpać siły z mazurskich jezior. Kiedy już byłem tak daleko na północy, żal było nie wykorzystać okazji, aby odskoczyć na chwilę na Warmię i zobaczyć Browar Kormoran.
W olsztyńskie przedpołudnie w biurze browaru wita nas Paweł, z którym wcześniej umówiłem się na zwiedzanie i rozmowę. Rozmawiamy o historii browaru, jego początkach i teraźniejszości, o rynku piwowarskim, o warzeniu, stylach piwnych, planach Kormorana, o przekraczaniu granic, a przede wszystkim o filozofii. Filozofii, która stoi za warzeniem piwa w Browarze Kormoran, bo to ona przebijała się najmocniej w czasie naszej dwuipółgodzinnej rozmowy. Czym dla właścicieli i pracowników Kormorana jest piwo? Jak to jest warzyć między młotem kraftu i kowadłem koncernu? Czym właściwie jest browar regionalny?
Trudno
mi sobie wyobrazić gorszą pogodą na łażenie po górach i
robienie tam zdjęć niż jest obecnie. Nawet jak zaświeci słońce,
to może się co najwyżej mienić w szaroburych drzewach, pierwszych
pąkach bazi, czarno-brudnych płatach zamarzniętych kup śniegu i
połyskującym błocie. Ja na szczęście zamknę oczy i przypomnę
sobie zaśnieżone Bieszczady dwa tygodnie temu, ale aparat gdy zamknie przesłonę,
to nic nie widzi. W niedzielę warunki były nie najgorsze za sprawą
dużej przejrzystości powietrza, ale ogólne roztopy skutecznie
zniechęciły mnie do pstrykania. Nie zniechęciły za to rzeszy
ludzi, którzy masowo postanowili wdrapać się na bliską
Bielsku-Białej Magurkę Wilkowicką i spożyć co nieco w
tamtejszym schronisku.
Wszystko
się zmieniło, gdy wyciągnąłem piwo, które zabrałem ze sobą w
ten dzień w góry. Piwo nietuzinkowe, wywołujące drżenie serca i
ślinotok. Spakowałem bowiem Imperium Prunum i dziś na nie
właśnie zapraszam. Warto!
Tradycyjny sześciopak (w sumie mógłby być i dwunasto-, po co się rozdrabniać) weekendowy to efekt konsumpcji wielu różnych piw, które trudno zebrać w inną sensowną całość. Tym razem jest wielołikendowy, bowiem niektóre z piw od dłuższego czasu czekają na opisanie. Chciałbym się skupić na opisywaniu wrażeń z różnych wyjazdów, ale nie mogę także zaniedbywać z piw pitych na (tzw.) co dzień. Tym razem są regionalne Browar Bojanowo i Browar Kormoran, restauracyjny Browar Stu Mostów, kontraktowcy Olimp (z Wąsosza) i Solipiwko oraz Wrężel (oba z Zarzecza).
Howdy ho! - jak mawiał Mr. Hankey, Christmas Poo, czyli jeden z trzecioplanowych bohaterów kultowego serialu South Park, gorszącego polską obyczajowość w czasach, gdy nawet mi się nie śniło, że będę pił alkohol. Właśnie ta postać pojawia się przed moimi oczami, gdy pomyślę o piwach świątecznych, które zalewają półki sklepowe od kilku lat w grudniu.
Przyznaję szczerze i bez bicia, że nie jestem fanem tego typu piw, w ich klasycznej odmianie. A na czym właściwie polega idea piwa świątecznego? Christmas ale to w założeniu piwo na zimę, a więc jest nieco mocniejsze alkoholowo, gęstsze, słodkie i przyprawione rozmaitymi ingrediencjami. To piwa, które mają nam osłodzić mroźne zimowe wieczory, rozgrzewać gdy aura wychładza ciało. Mają roztaczać bożonarodzeniowe aromaty, gdy karp wściekle miota się w wannie, a cała rodzina szoruje wszelkie, przez cały rok nietykane, kątki domostwa, aby nowonarodzonemu nie było przykro.
Stężenie przypraw w większości przypadków jest dla mnie nie do przełknięcia. Ilość ładowanych do tanków goździków, cynamonu, imbiru, skórki pomarańczowej, miodu, suszonych śliwek i innych owoców, gałki muszkatołowej czy ziela angielskiego wystarczyłaby do przyprawienia potraw we wszystkich nowojorskich restauracjach przez cztery lata. Piwa, które w założeniu powinny być smakowo zbalansowane, są ulepkowate i przyswajalne niczym żelazo w logice Kokokorwina.
Bardzo byłem ciekaw, czy od zeszłego roku zaszła jakaś zmiana, albo pojawiło się świąteczne piwo inne od znanych mi do tej pory. W roku poprzednim (od poprzedniego, czyli 2014.) posmakowało mi jedno świąteczne piwo. Wróciło w 2014 i byłem niezwykle ciekawe obecnej formy. Są też dwa całkiem nowe.
Bardzo byłem ciekaw, czy od zeszłego roku zaszła jakaś zmiana, albo pojawiło się świąteczne piwo inne od znanych mi do tej pory. W roku poprzednim (od poprzedniego, czyli 2014.) posmakowało mi jedno świąteczne piwo. Wróciło w 2014 i byłem niezwykle ciekawe obecnej formy. Są też dwa całkiem nowe.
Piąteczek zaczął się wyśmienitą informacją, że w będzińskim Groszku pojawiły się dwa nowe polskie piwa wędzone. Pozostało mi tylko wpakować się do wozu i podjechać czem prędzej, aby inni fanatycy nie byli pierwsi. Moja przygoda z wędzonkami zaczęła się lata temu, a pierwsze wędzone piwo było prawdziwą Grubą Bertą - Doppelbock z Schlenkerli to piwo arcygenialne i jeden z najlepszych przedstawicieli na świecie. Wędzone piwa są warzone z użyciem słodów, które zostają poddane wędzeniu - istotne jest tu drewno (może to być też torf), którym się pali i które jest źródłem dymu, bowiem każde daje inne aromaty, smaki i posmaki. Najpopularniejsze są drewno dębowe i bukowe, ale może być to i jałowiec i jakieś drzewa owocowe. Picie takowych piw ma tę ciekawą właściwość, że w myślach przenosi nas do lasu, na ognisko, do wędzarni szynki, do Zakopanego, gdzie wypiekają się oscypki... Są to piwa z gatunku uwielbiasz je albo nienawidzisz.
Dwie nowości to oczywiście Darz Bór, będący częścią nowej polityki Browaru Gościszewo i nowej stylistyki etykiet, która dla mnie jest niesamowicie piękna. Graficy dali z siebie wszystko i mam nadzieję, że piwowar - Michał Saks - dopasował się do tego poziomu. Drugie piwo to piąta Podróż Kormorana z Browaru Kormoran i jest to Rauchbock, czyli wędzony koźlak. Jak było tym razem?
W swoją czwartą podróż olsztyński Kormoran wybrał się znowu do kraju o dużej tradycji piwnej. Po Niemczech, USA i Belgii (klik, klik i klik - bo wszystkie opisałem) przyszedł czas na Irlandię... Jeden z najbardziej aktywnych browarów regionalnych nie zwalnia i serwuje nam piwo, które nikogo nie pozostawi obojętnym... Tejk yt or liw yt. Kochaj albo rzuć...
Irlandia nie jest zielona jak oczy syreny o świcie, ona jest czarna jak palony jęczmień o zmierzchu. Irlandia stoi czarnym jak szaty kapłana stoutem. Piwem, które na cały świat rozsławił Guinness. Jaki jest Coffee Stout z Browaru Kormoran?
Mam na myśli oczywiście chmielową szyszkę. Mokra, świeża chmielowa szyszka została bowiem użyta do chmielenia najnowszego piwa olsztyńskiego Browaru Kormoran - PLON. Z racji tego, że jest to wyłącznie polski chmiel gatunku Sybilla, a świeżutka szyszunia pochodzi z polskich plantacji, sam Kormoran rozwija tę nazwę. Więc PL is ON.
Butelka olsztyńskiego PLONu dokonała skoku na bungee z wieży RTV, której czubek stanowi najwyżej położony stały punkt w całych Sudetach, przetrwała i dała się wypić. Gdzie zabrałem PLON? O co w ogóle chodzi z mokrą szyszką? I jak smakuje samo piwo? Trzeba poczytać.
Na koniec czerwca pojawił się na blogu wpis, który mylnie nazwałem Podsumowaniem, bo nim nie był. Był suplementem i ta nazwa pozostanie. Po co suplement? Ano po to, by nie przegapić interesujących piw, które zagościły w mym gardle. Piw, dla których brakło pełnoprawnego miejsca, bo nie były wystarczająco ciekawe, ale nie chciałbym ich zsyłać w niebyt, jak składek do ZUS (choć tu do słowa byt bardziej pasuje przedrostek od-).
Powyższe zdjęcie nie ma nic wspólnego z dzisiejszym postem. To zaginione (i
odnalezione) i jedyne zdjęcie dwóch bardzo fajnych piw, które kiedyś
miałem opisać, ale zgubiłem zdjęcie. Serdecznie je polecam, ale piłem rok
temu, więc nie będę się silił na wrażenia. Do Browaru Anchor wrócę
niechybnie.
Do czego jednak chciałbym wrócić na przełomie lipca i sierpnia? Zapraszam do czytania!
Do czego jednak chciałbym wrócić na przełomie lipca i sierpnia? Zapraszam do czytania!



