Jakiś czas temu wśród kilku piw, będących w stałym asortymencie sklepu Biedronka, pojawiło się czeskie piwo Bohemia Regent (u mnie ciemny, ponoć gdzie indziej jasny). Miała to być niezwykle odświeżająca bryza, w tym piwnie nudnym, jak bohaterowie Mody na sukces, dyskoncie. Czym się okazało tak ochoczo przywitane przeze mnie piwo, możecie przeczytać na poniższym zrzucie z fanpage'a (komentarz "tanio jak barszcz" nie odnosi się do tego piwa, ale do Bernarda Tmavego, którego Karolina kupiła w Pradze za 17 koron).
Ta sama Karolina zadzwoniła do mnie pewnego pracowitego dnia, że jest w miejscowości Třeboň na południu Czech i stoi w sklepiku w Browarze Regent. Wyczytała wszystko, co mieli, a ja złożyłem zamówienie. Wielkie, letnie pragnienie Wujka* przetrwała niestety tylko jedna butelka. Na szczęście dokładnie to samo piwo Bohemia Regent Tmavy, ale w mniejszej (i ładniejszej) butelce.
Jak smakowało to piwo? I skąd tytuł posta? Zapraszam!
