Pomysł spędzenia urlopu na Białorusi pojawił się całkiem nagle i gdy już zadomowił się w mojej głowie, nie chciał jej opuścić. Pomimo bliskości geograficznej, jest to na tyle egzotyczne miejsce, że wyjazdu nie mogłem sobie odmówić. Zaproszenie od mieszkającej tam i pracującej od pół roku Madzi, ciągnęło mnie ku nieznanemu. Sama Białoruś to straszliwie mało skojarzeń, a już niestety żadnego piwnego. Jedną przeszkodą stojącą na drodze piwnej podróży na wschód jest obowiązek wizowy, który na szczęście nie okazał się dotkliwy, bo otrzymałem wizę pozwalającą na dwukrotny wjazd na terytorium naszego sąsiada. Aby zobaczyć Mińsk oraz by móc pojechać do Wilna, a potem do Mińska wrócić.
Chęć wyjazdu zwielokrotniła sama Madzia, jadąc na wakacje do Polski i przywożąc dwa piwa oraz pyszną Chrzanówkę. Kiedy sierpień był w połowie, nastał czas (piwnej) podróży na dziki, w moim przekonaniu, wschód.
A jak było i co piłem, wszak potrzeba poznawcza była ogromna, w dalszej części...