Słowacja na długi weekend

08:00

Spisz to historyczna kraina zajmująca niemały fragment Karpat Zachodnich, położona w większości na terenie dzisiejszej Słowacji. Mniej zorientowanym zobrazuję to tak - wyobraźcie sobie zielone pagórki, z których obserwować możecie (w maju ciągle jeszcze) ośnieżone szczyty Tatr Wysokich i Bielskich, Tatry Niżne, niższe Słowackie Rudawy (to właśnie tu znajduje się fantastyczny Słowacki Raj) i Pieniny (to niewielki kawałek Spiszu leżący po stronie Polski). Dziś postaram się was zachęcić do spędzenia kilku dni w uroczych i niespiesznych okolicach Popradu.

W pogodny dzień tak właśnie wyglądają Tatry ze Słowackiego Raju

Wzgórza w okolicach przełomów Popradu i Hornadu koją swoją łagodnością, a porozrzucane tu i ówdzie niewielkie miasteczka i wsie zaskakują spokojem. No chyba że akurat odbywa się festyn, na który ściąga (jak na festyn zresztą zwykle) i najbardziej rzuca się w oczy społeczna nizina. Na Spiszu są to stanowiący niemały odsetek ludności Cyganie. Czy to przypadek, że ten obszar ma najwyższy na Słowacji wskaźnik analfabetyzmu? Kiedy już przywykniemy do tła społecznego, w czasie długiego weekendu uzupełnionego przez masy Polaków, możemy skupić się na architekturze. A jest na czym. Spisz rozkwitł, kiedy tereny przestali najeżdżać Tatarzy, głównie za sprawą handlu i wydobycia rud. Niemieccy osadnicy sprowadzili tu gotyk, reformację i ogólne bogactwo. Dziś zostało widoczne wspomnienie dawnych czasów.


Niewielka miejscowość Spiskie Podgrodzie, jak sama nazwa zresztą wskazuje, zdominowana jest przez ogromne ruiny zamku. Na wysokim na 600 m.n.p.m. wzgórzu zamieszkałym niegdyś przez Celtów znajduje się Zamek Spiski datowany na XII wiek. Dwukrotnie zdobyty (przez Husytów i przez cesarza Ferdynanda I) gigant robi przednie wrażenie labiryntem komnat, przejść i zakamarków. Zamek jest pozycją obowiązkową nie tylko dla mediewistów.

Centralnym punktem Spiszu jest Poprad, który łączy w sobie elementy historyczne i zabytkowe oraz część nowoczesną, gdzie rozkwita przemysł. Mieszanka nie jest najprzyjemniejsza dla oka, ale gdy już znajdziemy się na starym mieście, to współczesnej brzydoty nie widać. Tylko szyldozę, z którą Słowacy nie radzą sobie podobnie jak Polacy. Pal to licho, bo w samym rynku popradzkim są dwa browary rzemieślnicze, po wyjściu z których nie zajmujemy się takimi błahostkami, jak estetyka wspólnej przestrzeni.



Pierwszym z browarów jest Tatras, w którym obok klasyki warzone są piwa nowofalowe i efekt jest zadowalający. Samo miejsce także zrobiło na mnie bardzo fajne wrażenie i polecam je z chęcią. Nieco mniejsze zrobił mieszczący się na przeciwko browar Egidius, ale tam także znajdziecie dobre piwo i jedzenie.



Jest też w pobliżu knajpa z czeskim kraftem - Dobre Casy. Nie udało mi się jednak zajrzeć - to minus wyjazdu z dzieckiem, brak pełnej elastyczności. Nie mniej jednak miejsce wyglądało całkiem zachęcająco. Warto się zakręcić będąc w okolicy.

Całkiem niedaleko Popradu znajduje się Lewocza, dawna stolica Spiszu. Senne stare miasto opasane jest murami i wraz z wiekową architekturą tworzy bardzo malowniczy pejzaż. Kościół Św. Jakuba na rynku to jeden z najcenniejszych słowackich zabytków. Do stojącej obok klatki hańby nie da się wejść, no ale nie jestem też występną kobietą. Miasto nie zostało dotknięte rozwojem przemysłowym połowy ubiegłego wieku, dzięki czemu przedmieścia nie wyglądają jak te w Popradzie. Ponad Lewoczą wznosi się noegotyckie sanktuarium Marianska hora, gdzie się ponoć coś komuś objawiało.


Warto pokręcić się po Lewoczy, bo to urokliwe miasteczko. Kiedy już będziecie znużeniu wątpliwym pośpiechem słowackich miasteczek, nie pozostaje nic innego niż udać się w góry. A najciekawszy (poza oczywiście Tatrami) jest Słowacki Raj. Słynie z tego, że osoby z lękiem wysokości i przestrzeni nie mają tam łatwo. To słynne metalowe kładki nad rwącym Hornadem, łańcuchy przytwierdzone do wysokich pionowych ścian wąwozów, drewniane podesty, metalowe i drewniane drabinki. W sporej części szlaki są jednokierunkowe, więc zapomnijcie o odwrocie ludzie o słabych zwieraczach. Momentami miałem ciepło, ale przygoda jest świetna. Nasza pięciolatka poradziła sobie ze szlakiem, choć do łatwych nie należał. Polecam na wycieczki!


Całkiem blisko z Popradu jest też w Pieniny, na które zdecydowaliśmy się, bo to w sumie one były naszym pierwotnym celem. Dojazd do Czerwonego Klasztoru zajmuje około godziny, ale prowadzi mega malowniczymi terenami i sama podróż jest przyjemnością. Stamtąd można dojść do Szczawnicy asfaltową drogą wzdłuż Dunajca lub przepłynąć fragment tratwą lub pontonem. My zdecydowaliśmy się na ostatnią opcję i pieszy powrót na słowacką stronę. Nie muszę chyba mówić jak fajnie płynie się pontonem po rzece?


Najpierw mijamy potężne Trzy Korony, a następnie kolejne szczyty i skały przełomu Dunajca, w tym i słynną Sokolicę. Panowie na pontonie bezbłędnie nazywają wszystkie po kolei. Pomimo wątpliwej pogody tego dnia udaje nam się uniknąć deszczu na spływie i w drodze powrotnej. Wracając do Popradu warto zatrzymać się jeszcze w Kieżmarku.

Planem na ostatni dzień był browar Buntavar znajdujący się tuż obok Popradu w miejscowości Świt. Miejsce szczególnie polecane przez jednego Niemca przywitało mnie taką oto kartką. Nauczcie się kuźwa w facebooka, skoro już go macie.


Tym pesymistycznym akcentem zdecydowaliśmy się opuścić Spisz i ruszyć w drogę powrotną zahaczając o Liptowski Mikulasz. Tak też trafiliśmy do najfajniejszego browaru w czasie długiego weekendu. Liptovar w Liptowskim robi bardzo fajne wrażenie.




Dobre piwo, świetne żarcie i doskonały klimat. Zdecydowanie wyróżnia się jakością na słowackim rynku piwnym. Z pewnością będziecie przez Liptowski Mikulasz przejeżdżać - czy to w Tatry, czy w Tatry Niskie, wtedy koniecznie musicie podjechać na piwo.

Opisane okolice nadają się w sam raz na długi weekend. Polecam.

Zobacz także

0 komentarze

Obserwatorzy