Beskid Śląsko-Morawski nie jest specjalnie popularnym kierunkiem dla polskiego turysty. Nasze Beskidy są zwykle bardziej atrakcyjne - wiadomo - lepsze bo polskie, bo bliżej, bo "taniej", bo wyższe, bo w ogóle. Czasem nie trafiają argumenty, że: (1) są ciekawsze bo mniej oklepane, (2) szlaki są równie gęste (bądź bardziej) niż u nas, (3) schronisk (nieco innego typu niż u nas, ale jednak) jest cała masa, (4) na każde zadupie dojeżdża pociąg częściej niż dyliżans do Colorado u progu XIX w. czy na ten przykład do Szczyrku, (5) Łysa Hora jest wyższa niż Skrzyczne, (6) piwo dla mniej wymagających w markecie kosztuje 12 koron, a (7) bardziej wymagający mogą wybierać w licznych minipivovarach, których w Beskidzie Śląsko-Morawskim jest więcej niż w całym województwie śląskim.
Mnie do wizytowania tamtejszych okolic nie trzeba dwa razy namawiać, co więcej sam jestem często prowodyrem wyjazdów w góry czeskie. Tak też było tym razem, gdy namówiłem (aczkolwiek bez żadnego trudu) znajomych na spacer w okolicach Ostrego (1044 m.n.p.m.) i wizytę w pobliskim minipivovarze.