6 grudnia od wielu lat nie kojarzy mi się przychodzącym tego dnia brodatym jegomościem, którym zwykle okazywał się być pachnący tanim alkoholem sąsiad lub wujek, ale z piwem serwowanym nam przez pogardzaną przez wielu Grupą Żywiec. Tego dnia odbywała się bowiem premiera komercyjnie uwarzonego piwa, który wygrywa - zostaje tzw. Grandchampionem - największego konkursu piw domowych w Polsce. Tak było do tego roku. Konkurs nie odbył się w zwykłym terminie, bo działo się to podczas Festiwalu Birofilia, który przestał być przez GŻ wspierany i zwyczajnie go nie było. Zmiany, które nastąpiły między Browarem Zamkowym w Cieszynie i Grupą Żywiec, dające temu pierwszemu znaczną autonomię, wpłynęły także na warzonego tam co roku Grandchampiona. Żywiec robił naszemu piwowarstwu domowemu bardzo dobrą robotę, ale (1) sam nic z tego nie miał, bo nawet promocja własnego piwa to wątpliwa, a także (2) w sumie strzelał sobie w stopę promując piwowarstwo rzemieślnicze. Działało to przez długie lata, działać przestało - smutne to, łzę ronię, ale chyba można się było spodziewać...
Siódmy Grandchampion na szczęście się pojawił i to w stylu, który jest bardzo odważny. Oto za niewielkie pieniądze można spróbować w naszym kraju, wywodzącego się z Belgii piwa flanders red ale Red Roeselare Ale, oczywiście z Cieszyna. Ja postanowiłem go skonfrontować z ikoną stylu, piwem wymiatającym, genialnym i doskonałym. Zakładałem nierówność pojedynku, lecz miałem nadzieję, że Cieszyn nie wypuści po raz kolejny bubla (dubbla).