Stanowczo zbyt długo odwlekło się w czasie opublikowanie tego wpisu, bo już miesiąc minął od mojego powrotu ze wschodu, a słowem jeszcze nie pisnąłem, że nie byłem tylko na Białorusi, ale spędziłem jeszcze dwa cudowne dni w Wilnie, które jest rzut beretem od Mińska. Człowiek jeszcze dobrze nie rozsiądzie się w pociągu, a już ładują się celnicy - najpierw białoruscy, za chwilę litewscy i tuż po chwili wysiadamy w Wilnie. Gdy wyszedłem z dworca, to pomyślałem: "kuźwa, ale zadupie". Pierwsze chwile w stolicy Litwy to konstatacja, że chyba pociąg zatrzymał się w Sanoku, Rabce albo Kłodzku (bez obrazy tych pięknych miejsc). Najbliższe okolice dworca bardziej przypominają Skoczów niż europejską stolicę. Ale już położone 10 min piechotką na północ Stare Miasto robi ogromne wrażenie, a dopiero wdrapanie się na Górę Giedymina pozwala dostrzec wielkość Wilna.
Wilno okazało się być miastem kościołów, pięknych zaułków oraz dobrego piwa!