Tarnica - na szczycie kraftu

08:00

Są miejsca w Polsce gdzie słowo zima nie straciło swego pierwotnego znaczenia i wciąż wskazuje na porę roku, w której jest zimno, sypie puszek, pada śnieg, w twarz przypieprza mroźna zawierucha, a nogi do połowy grzęzną w zaspach. To Bieszczady. Tam następuje szok monochromatyczny i oczy wręcz bolą od wszechobecnej bieli. W czasach gdy w większości kraju śniegu jest tyle, że nawet najsmutniejszy kot świata wstydziłby się tak niewiele napłakać, droga prowadząca z Wetliny do Ustrzyk nawet nie jest biała, ona jest totalnie zasypana grubą warstwą śniegu. Przekraczanie 30 km/h powoduje strach w oczach wszystkich pasażerów, a szczególnie kierowcy. Kto był na serpentynach wielkiej pętli bieszczadzkiej, ten wie, o czym mówię.


W wybitnie zimowych styczniowych warunkach postanowiliśmy zdobyć Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, który nazwę swoją wziął - z uwagi na specyficzny wygląd - od rumuńskiego słowa oznaczającego siodło. Zabrałem tam ze sobą dwa piwa z Browaru Kingpin - jedno to dobrze znany i bardzo dobry Geezer, a drugie to jego turbo-wersja leżakowana w beczce po burbonie.


Zima w Bieszczadach to nie przelewki, o czym miałem okazję kiedyś się przekonać dokonując odwrotu z podejścia na Połoninę Caryńską. Nisko zawieszone chmury i snująca się między drzewami dolnego regla mgła znacznie ograniczały widoczność, a twardy jak skała śnieg uniemożliwiał pewne postawienie stopy na połoninie. Zawrócić postanowiliśmy właśnie powyżej drzew, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że nie widzimy się nawzajem (ok. 2 metry), nie zostawiamy śladów i za cholerę nie wiemy, gdzie idziemy - kilkadziesiąt metrów dalej i nie trafilibyśmy z powrotem.


Bieszczady w sobotę okazały się łaskawe niczym Jarosław dla Zbigniewa, chmury straciły się gdzieś daleko, stalowe niebo stało się niemożliwie niebieskie, a słońce ostro skrzyło się na górskich zboczach. Było idealnie na wędrowanie po zasypanych łąkach i zmarzniętych graniach. Z perspektywy Wołosatego, skąd podążaliśmy niebieskim szlakiem, wznosząca się na wysokość 1346 mnpm. Tarnica zdawała się być przyjazna, a jej kształt przypominał obcy statek kosmiczny. Jakże cudnie pokonuje się trasę, gdy każdy widok zachwyca, nogi łagodnie zapadają się w niezbyt głęboki puszek, a drzewa w magiczny sposób otulone są białą kołdrą. Momentami wyglądało to nierealnie.


Pięćsetmetrowe przewyższenie okazało się być pestką w takich warunkach. Nawet lodowaty wiatr, który wzmagał się wraz ze zbliżaniem się do przełęczy między wierzchołkami Tarnicy i Szerokim Wierchem, nie popsuł humoru. Wietrzne apogeum nastało jednak na szczycie. Wzbijany przez wichurę śnieg i kryształki lodu uderzały w twarz i ręce, które musiały na chwilę opuścić rękawice, aby dokonać aktu odkapslowania butelki i nalania piwa do szkła. Było potwornie mroźno, bo mocne wietrzysko przenikało wszystkie warstwy odzieży. Zbawienny okazał się stojący na szczycie potężny metalowy krzyż ustawiony na Tarnicy w 1987 roku, jako upamiętnienie pobytu Karola Wojtyły 34 lata wcześniej. Mimo że nie jest bardzo szeroki, to gdy dobrze się ustawić zapewnił nam schronienie przed wiatrem na czas spożycia. Po raz kolejny przysłowie "jak trwoga to do boga" okazało się trafione w punkt.


Na szczycie należącym do Korony Gór Polski wypadało wypić piwo niebanalne, więc planując wyprawę założyłem, że właśnie urodzinowe piwo Browaru Kingpin będzie idealnym na tę okazję. Ten swoisty mountainpairing to nie jest dla mnie nowość i trafiłem doskonale. Prosiak pirat na dwóch aligatorach z radością wjechał na Tarnicę. Turbo Geezer leżakowany w beczce po burbonie nawet będąc bardzo zimnym jest piwem genialnym. Przelewanie piwa było w tych warunkach zadaniem karkołomnym - serce drżało mi w obawie przed obaleniem szkła przez huraganowe podmuchy. Już wtedy jednak widziałem, że piwo ma gęstość oleju silnikowego i jest praktycznie pozbawione gazu, co nie powinno dziwić przy leżakowaniu w beczce. Picie zimnego piwa zwykle powoduje, że ograniczone są jego aromaty... Jeśli to co czułem na szczycie Tarnicy było zubożonym zapachem, to boję się pomyśleć, co wyczułbym w bardziej adekwatnej temperaturze. Na długą chwilę uderzenie wiatru zmieniło się w cios wanilii, drewna i szlachetnego alkoholu. Potężne smakowe espresso wprowadziło dodatkowo delikatne kwaśne odczucie, przez co piwo przywiodło mi na myśl mocne wino. Płyn w zbawienny sposób rozgrzewał całe ciało, gdy tylko trafił do żołądka. Nie mam wątpliwości, że to jedno z najlepszych piw ubiegłego roku. W swej kategorii bezkonkurencyjny, spokojnie można go postawić na szczycie kraftu obok Samca Alfa. Idealne piwo na idealny dzień w górach.


Zejście z Tarnicy było gratką dla amatorów mocnych wrażeń. Najpierw trawersowanie zmrożonego stromego zbocza, gdzie mały błąd mógł spowodować osunięcie się kilkadziesiąt metrów po oblodzonym śniegu, a następnie zjazd na dupolocie (czasem nazywanym jabłuszkiem). Okazuje się, że warto było wydać 18 złotych na wypasiony sprzęt z Decathlonu, bo jazda na nim to czysta przyjemność bez siniaków na udach (kto jeździ, ten wie). Dzięki potężnej prędkości moja twarz i broda ekspresowo pokryły się śniegiem, a banan jeszcze przez wiele godzin gościł na moim obliczu.


Korzystając z szybkiego zejścia postanowiłem wykorzystać wiatę znajdującą się poniżej pasma połoniny do kolejnej degustacji. Co tu dużo mówić, klasyczny Geezer czyli irish espresso stout to bardzo smaczne piwo. Bardzo wytrawne za sprawą intensywnych nut kawowych, z zaakcentowaną wanilią i palonością. Lekki i pijalny choć z bardzo zadziornym charakterem. Nawet w zimny dzień sprawił mi ogromną radość i wlał żar w serce.


Tak pokrzepieni mogliśmy kontynuować zejście i podziwianie nierzeczywistej zimy i jej zmrożonych form. Wiem też, że wskazując Browar Kingpin jako jeden z najlepszych w polskim krafcie 2015, nie pomyliłem się. Dobre pomysły, jakość i stała forma - szczególnie to ostatnie mnie cieszy!

Zobacz także

9 komentarze

  1. Faktycznie super zdjęcia. Muszę się tam kiedyś wybrać. Ale drogi ten dupolot, na wsi płaciłem ostatnio 6x mniej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Zwykłe były tańsze, ale wiesz... kto bogatemu zabroni ;)

      Usuń
  2. Twoje zdjecia zapierają dech w piersiach :)
    luuuubię kiedy dodajesz dużo zdjęć do wspomnień swoich piwnych podróży, luuubię z Tobą podróżować.. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kierowca obawiał się jedynie rozładowania akumulatora, gdyby nie jego połówka to pewnie na ręcznym i na skróty by te serpentyny pokonywał ;)

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy