Nieustraszeni pogromcy Beboków

14:42

20. listopada w gliwickim Mini Browarze MajEr odbyło się kolejne, trzecie już spotkanie z okazji premiery pierwszego piwa pierwszego browaru kontaktowego z Górnego Śląska - Kraftwerk. Browar z dumnej Silesii? Premiera na Śląsku? Oczywiście jako zagłębiowska piąta kolumna musiałem się tam pojawić, szczególnie że zostałem zaproszony. Gliwice kojarzą mi się wybitnie dobrze, ale nigdy do tej pory nie trafiłem do Majera, więc była to dodatkowo świetna okazja na małe zwiedzanie.

 

Browar Majer znajduje się w świetnej lokalizacji, w połowie drogi między dworcem PKP a rynkiem. Mieści się w okazałym Hotelu Silvia, a jego właścicielem jest Ernest Majnusz (stąd też nazwa browaru). Jest to klasyczny browar restauracyjny, ale z naciskiem na restaurację. Zajmuje ona dwa piętra, jest elegancko na tyle, że gdyby nie piwo, to nigdy bym tu nie przyszedł - z braku kasy. Gustownie urządzone wnętrze, wyeksponowany bar po lewej stronie, z jednej strony jest jasno i ciepło, a z drugiej daje wrażenie przytulności. Jest kącik dla dzieci oraz kącik dla żuli... ekhem... miłośników piwa. Po prawej stronie od wejścia, na podwyższeniu znajduje się błyszcząca miedź warzelnej kadzi, która jest także widoczna z zewnątrz przez szybę. Lokal jest rozległy i robi bardzo dobre wrażenie.


W poszukiwaniu śląskiego demona sprawcy całego zamieszania zabrali mnie oczywiście pod ziemię. W leżakowni MajEra znajduje się 7 tanków o łącznej pojemności 100 hektolitrów (czyli 10 tys. litrów piwa może tam jednocześnie dojrzewać). To chyba najbardziej elegancka leżakownia w jakiej byłem. Sprawia wrażenie zaplanowanej i przemyślanej, a same tanki błyszczą się jak psu wiadomo co (i nie jest to nos). Piwo do wyszynku piętro wyżej trafia bezpośrednio ze zbiorników, ale jest też na miejscu butelkowane i wlewane do kegów. Częściowo w zwiedzaniu, a w komplecie w degustacji, poza samymi twórcami Kraftwerka, towarzyszyli nam piwowarzy z MajEra - od niedawna są to Marek Krupeć (ex Rynek - Racibórz) i Karol Kościelniak (ex Browar Miejski - Bielsko Biała). Z ciekawostek - panowie przymierzają się do AIPA oraz wędzonki. Czyż nie gryfne to chopy?

Karol, Paweł, Mateusz i Marek

Niekwestionowanymi bohaterami wieczoru byli jednak współzałożyciele browaru kontraktowego Kraftwerk - Paweł Solik i Mateusz Bortel-Gogoliński. Można z czystym sumieniem powiedzieć, że to browar z Mikołowa, bo tam jest zarejestrowany. Jest mocno związany z tamtejszą rewelacyjną knajpką Kino Caffe, bowiem Mateusz (i jego żona oczywiście) są jej właścicielami. Widać że trzeba jedynie zapału, by z właściciela lokalu serwującego najlepsze piwo kraftowe, stać się jego producentem. Pierwszym piwem, jakie zostało uwarzone jest Bebok, czyli coffee milk stout. Co ciekawe kolejne piwa będą powstawały w innych browarach - trzecim będzie Rye IPA, która powstanie w Witnicy. Nazwa nie jest już tajemnicą - na pewno urywa dupę. Drugie piwo jest tak wielką tajemnicą, że Panowie sami jeszcze nie wiedzieli co i jak, i gdzie, więc zastosowane tortury (opowiadałem jak nagrywać filmiki i wrzucać na youtube) i próba przekupstwa (ich własnym piwem - wiem, zły pomysł) nie odniosły skutku. Wszystkie piwa z pewnością będą odnosiły się do śląskiej tożsamości twórców, co jest pomysłem rewelacyjnym!

Gdy ślinka pociekła po raz trzeci, przyszedł czas na oficjalną premierę i odszpuntowanie beczki z Bebokiem. Paweł wbił kranik, a Mateusz zajął się polewaniem.



A teraz recenzja (więc każdy, kto hejtuje recenzje może sobie odpuścić), bo to dosyć istotne, jak smakowało mi to piwo.

Na zdjęciu obok jest oczywiście większa liczba beboków, w tym także pod postacią znanego i lubianego (bądź nie) łowcy piwnych wad. Szczękościsk nie został spowodowany ani aromatem, ani smakiem właściwego Beboka. Jak przystało na rasowy stout Bebok jest czarny jak chodnik kopalniany nocą (po zawale). Elegancko wieńczy go kożuszek beżowej piany. Jak przystało na rasowy coffee milk pierwsze co uderza w noc to aromat kawy i fest palonego ziarna. Piwo jest dosyć nisko wysycone dzięki czemu jest gładziutkie i piło mi się je idealnie. Lubię właśnie takie stouty. W smaku dominuje słodowość palonego jęczmienia, a lekka słodycz laktozowa uwydatnia się przy dłuższym piciu, gdy nieco ogrzeje się płyn. Jak na milk stout jest zaskakująco wytrawnie. Tzn. słodycz jest, ale świetnie zbalansowana i stonowana. Wybitnie sesyjny Bebok, którego można wlewać w siebie cały wieczór. Sprzyja temu zawartość alkoholu na poziomie 4,5% (przy gęstości 13,5° blg).

Warto zajrzeć na stronę akcji wspieram to, gdzie Kraftwerk zbiera na swój własnych samochód z rollbarem. Pozwoli to przyjechać z piwem nawet do Sosnowca i sprzedawać z paki niczym kartofle w piątkowy poranek. Tego życzę sam sobie i chłopakom z Kraftwerka. Ja zakupię sobie pakiet ze szkłem, a co!



Zobacz także

2 komentarze

  1. ciekawy blog, pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ślinka leci ale muszę spróbować pozdrawiamy.T.P.M

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy