Mój pierwszy Festiwal Birofilia w Żywcu to dopiero 2010 rok. Byłem wtedy piwnym neofitą, głodnym nowych wrażeń. Pojechałem tam w sposób niezaplanowany, wypiłem kilka piw w ogóle nie zahaczając o usytuowany w centrum imprezy namiot z piwami domowymi i rzemieślniczymi, z którego obecnie mogę nie wychodzić. Wypiłem wtedy przepyszne piwo. Ono mnie zmiażdżyło i powaliło. Należy obecnie do żelaznej piątki najsmaczniejszych rzeczy, które można znaleźć w butelce.
I choć od tamtego czasu zmieniła się etykieta na piwie (moim zdaniem na niekorzyść), to piwo w dalszym ciągu wysyła zmysły na orbitę i każe im tam krążyć w radosnym upojeniu.