Ostatni weekend stycznia zaproponował kawałek zimy, o jakiej od dawna marzą miłośnicy białego szaleństwa, przynajmniej tak to wyglądało u naszych południowych sąsiadów. Całkiem spore ilości śniegu, bardzo niska temperatura szczypiąca w policzki, jak dawno niewidziana ciocia oraz wiatry godne sekcji dętej batalionu reprezentacyjnego wojska polskiego raczonego przez dwa tygodnie fasolką po bretońsku. Naszą ekipę los poniósł w Beskid Śląsko-Morawski, gdzie pomiędzy malowniczymi szczytami ciągną się zadbane wsie i miasteczka, a w nich lokalni piwowarzy chuchają i dmuchają, by kufle wieczorem nie pozostawały puste. Palec na mapie wskazał całkiem dobrze mi już znany Radhost, co dawało spore możliwości wyboru miejsca spożycia jasnego pełnego w drodze powrotnej, ale o tym następnym razem...
Istotne było kolejne piwne szczytowanie, na które zabrałem piwo, które okazało się wyśmienite.